To już trójkąt czy nie?
Dodane przez Przebudzony dnia Grudzień 19 2019 17:34:32
Hejo, Zawsze jak miałem kryzysik to czytałem wasze historie ku pokrzepieniu. Stąd na wstępie życzę wszystkim żeby oparli swoje szczęście na czymś bardziej stabilnym niż na nietrwałej naturze wszystkich związków. Mam 37 lat. Nigdy nie byłem w związku, miałem w życiu kilka przygodnych znajomości, ale każdorazowo nie skończyło się to dla mnie zbyt dobrze. Generalizując nie ma żadnych miłych doznań z Pańmi. Zawsze kończy się to traumą, gdyż angażuję się albo na 100 albo wogóle. 3 lata temu z samotności, mojej i jej miałem krótki romans z mężatką, ale platoniczny, czyli zero seksu. Spotkania, dużo rozmów, wysłuchiwałem skarg, wylewanie żali na męża, usłyszałem dużo komplementów pod swoim adresem. W pewnym momencie chciałem zainicjować seks, ale spotkałem się z kategoryczną odmową. I dostałem jakiegoś urazu. Po tym fakcie dalej spotykaliśmy się jeszcze trochę, ale już nie inicjowałem po raz drugi. Kiedy byłem mocno zaangażowany w tę znajomość, można powiedzieć w punkcie kulminacyjnym, usłyszałem z jej ust,że ona znika całkowicie. Zabolało mnie to poraz kolejny. Angażuję się zawsze na maksa, nawet nie musi być seksu. Wiem, że jeśli doszłoby do seksu to byłoby jeszcze gorzej, obsesja, zero jedzenia, picia spania, palpitacje serca etc. Cóż taką mam konstrukcję psychiczną. W ostatniej fazie, niby jak na złość, kiedy mnie porzuciła zaczęła udostępniać na komunikatorze fb zdjęcia nagle z mężem i z synem, jako kochająca się rodzina, to już był KO (knockout). Dochodziłem parę parę miesięcy do siebie. Po tym krótkim romansie otrząsnąłem się, ale przysiągłem sobie, że NIGDY WIĘCEJ mężatek i zacząłem być znów szczesliwym pełnym życia facetem i to był wstęp a teraz zaczyna się moja aktualna historia. 2 lata od tego czasu trafiłem do nowej pracy i poznałem kolegę, który ma śliczną żonę. Jest bardzo otwartym gościem, zaprzyjaźniłem się z nimi na maksa. Z początku, była to luźniejsza znajomość, bardziej z nim na stopie służbowej. On inicjował bardziej spotkania, taki otwarty pozytywny gość. Znajomość nimi trwała około dwa lata, bo teraz doszliśmy wszyscy do jej kresu. Od jakichś kilku miesięcy, może od roku,nasze grono towarzyskie poszerzyło się o jego żonę. Zaczęła z nami wychodzić częściej wspólnie. Wspólne wypady, najpierw góry, tu Wrocek, Kraków. Potem zaczęły się spotkania u mnie na chacie, tylko my troje. Stworzyliśmy bardzo zażyłą relację w trójkącie, ale ZERO seksu, wszystko w ramach bardzo bliskiej przyjaźni, wspólna praca, wspólne spędzanie czasu. Przez cały ten okres bardzo uważałem na relację, bo mam niemiłe doświadczenia z inną mężatką, jak opisałem na wstępie. Ten kolega wogóle nie był zazdrosny o żonę, prosił mnie żebym ją gdzieś zabrał, gdzieś podrzucił, święto zmarłych na groby. Od jakiegoś czasu zaczęło między nimi dochodzić do różnych, scen, wypominania, sceny zazrości o inną, i ja byłem do tego wszystkiego dopuszczony, byłem przy tym obecny i wydaje mi się że od jakichś 2 miesięcy zacząłem być wplątywany w ich jakąś małżeńską grę. Ten kolega na osobności zaczął mi się zwierzać, ze już chce się z nią rozejśc, że czasem ma dość tylko boi się czy ona nie wpadnie w złe ręce po ewentualnym rozwodzie, że się skur...i etc. Kolejnym razem gdy już siedzieliśmy wszyscy razem to zapytał mnie przy niej czy nie zaopiekowałbym się jego żoną bo on chce się rozejść. Wszystko było tak pół żartem pół serio. W połowie listopada jak zwykle, bo stało się to już standardem, trafiliśmy do mnie na chatę, po imprezie w klubie i siedzieliśmy do 4 nad ranem u mnie. Mam ładną chatę, mam własne auto, jestem niezależnym gościem, który dużo dostał z domu od rodziców. Oni dla odmiany mieszkają z jej rodzicami w ciasnym pokoju w bloku. Na pewno traktowali przyjaźń ze mną jako odskocznię od swojego skromnego życia, to bankowo. Wracam teraz do tej sobotniej nocy. Tego wieczora ciągle się ze sobą przekomarzali, ciągle mu dowalał, a mnie kokietowała. Tak jakby zmierzała do tego żebyśmy zostali sami na osobności. I nagle o 4 nad ranem pokłócili się i on wyszedł i zostałem sam na sam z jego śliczną żoną na kanapie w moim eleganckim domu. Ale nic nie zrobiłem. Zazwyczaj angażuję się platonicznie, gdyby ona coś zainicjowała pewnie bym nie odmówił, ale sam już tyle razy zostałem odrzucony, że nie odważyłem się. I zaraz po tym wyszliśmy i zawiozłem ją na chatę. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdybym w tym momencie nie uświadomił sobie, że jestem po uszy zaangażowany w relację. Flashback, powtórka z historii. Uświadomiłem sobie to na drugi dzień, kiedy ten kolega do mnie napisął, ze przeprasza za wczoraj, ze był mega zmęczony i pijany ale że już dziś się pogodzili i już między nimi jest OK. A ja już byłem rozwalony. A tak bardzo byłem ostrożny w tej znajomości. Jednak podświadomie zaangażowałem się po uszy. Myślę ze zaangażowałem się w momencie jak pojawiło się zielone światło, kiedy zaczęli dużo mówić o tym że się chyba rozwiodą, że on się wyprowadza od niej. Ponadto był flirt z jej strony, kokietowanie, pokazywanie pieprzyków na biuście, uchylanie spódnicy, pokazywanie podwiązek. Wszystko to wznieciło we mnie pożądanie i już było po mnie. Dwa dni po feralnej nocy odwożąc ją do domu po pracy, zapytałem ją, jak to z nimi jest, bo ja czuję się już źle w tej relacji. I ona powiedziała, ze to u nich standard, ze oni raz się kłócą potem schodzą. Pytam się jaką ja zatem rolę w tym ich związku odgrywam. Wydaje mi się że korzystali z moich usłóg "taxa" plus "hostel". Niestety, długo łudziłem się że to przyjaźń, ale była to jednak czysta interesowność, nie ukrywam, że z mojej strony również, tylko oszukiwałem się chyba przez bardzo długo. Rozwijało się na poziomie bardzo ukrytym, podświadomym. Urwałem kontakt, ostatnio wpadłem na nich wpubie lekko podpity i wszystko im wyjaśniłem, że czułem się trochę oszukany, uwiedziony przez nich, wykorzystany, i jestem po uszy zaangażowany i generalnie nie obwiniam nikogo, w sumie ich zawsze lubiłem i lubię, ale powiedziałem im też że w takiej formie jak dotychczas tej relacji już nie będzie. Ostrzegłem tego kolegę, ze jak ją w życiu skrzywdzi podobnie, to że ona przyjdzie do mnie a ja ją pocieszę. I tak rozstaliśmy się wszyscy w sumie w przyjacielskiej relacji, ale ja jestem rozwalony dochodzę do siebie, teraz już jest znacznie lepiej, mija miesiąc odkąd uciąłem kontakt, niemal całkowicie. Co o tym sądzicie. Zarówno o mojej roli w tej relacji, gdzie popełniłem błąd, jak i o ich roli w tym wszystkim. Na koniec polecam wszystkim książkę "Przebudzenie" Anthony de Mello.
Rozszerzona zawartość newsa