Portale randkowe po raz drugi.
Dodane przez xxx91 dnia Sierpnia 15 2017 11:11:00
Będzie dość długo. Trochę moda na sukces... Jestem z chłopakiem od kilku lat, również od kilku lat razem mieszkamy. Niestety na początku naszego związku zawaliłam pewną sprawę - miałam kolegę, którego bardzo lubiłam. Studiowaliśmy razem, byliśmy w tej samej grupie. Co za tym idzie dużo ze sobą rozmawialiśmy, zarówno na uczelni, jak i wtedy na GG. Chłopak był o niego zazdrosny i nie potrafiłam mu wyjaśnić, że nic poza koleżeństwem z tamtym gościem mnie nie łączy. Nie wierzył, przez co o mało nie rozpadł się nasz związek. W akcie złości napisał kilka ostrych słów do tamtego i... kolega zerwał ze mną kontakt. Po czasie okazało się, że kolega się we mnie zakochał, a ja jak ostatnia idiotka tego nie zauważyłam. My bad. W każdym razie od tamtego momentu minęło parę lat, kontaktu nie mamy dalej. Nigdy też nie powtórzyłam swojego błędu, byłam całkowicie lojalna wobec X. Chłopak miał problem z pracą, duży. W skrócie - był bezrobotny i niespecjalnie widać było możliwości na zmianę tego. Były też problemy ze studiami. Nałożyło się to na czas afery z owym koleżeństwem (które ciągnęło się dobry rok...). Zmęczony problemami, prawdopodobnie z chęci zdobycia atencji i jak sądzę - zemsty na mnie - zaczął korzystać z badoo. I pisać ze swoją koleżanką. Mnie w tym czasie odrzucał na każdym kroku (a że jestem osobą bardzo uczuciową, bolało podwójnie). Czułam się nieatrakcyjna i nudna (choć wcale tak nie było). Jak odkryłam, co stoi za zmianą jego zachowania, chciałam zerwać w trybie natychmiastowym. Było to dla mnie o tyle bardziej męczące, że mój eks zdradził mnie 3 lata wcześniej m.in. z panną z portalu randkowego. Co nieprzepracowane niestety często do mnie wracało, o czym chłopak doskonale wiedział. X. ubłagał mnie, abym została. Dałam ultimatum: jeżeli kiedykolwiek sytuacja się powtórzy, powrotów nie będzie. Zgodził się. Sytuacja z kolegą, gdzie X. mnie odrzucał, potem afera z portalami randkowymi (z nikim się nie spotkał, na szczęście), zamartwianie się studiami i pracą mocno się na mnie odbiły. Wpadłam w depresję, a jego zachowanie (potrafiliśmy sobie dogryzać co jakiś czas tymi aferami) potęgowało mój marazm. Wcześniej z braku pieniędzy nie miał ochoty nigdzie wychodzić, nawet na spacer. Więc w ramach "towarzystwa" sama przyrosłam do fotela. W międzyczasie dowiedziałam się, że mam chore serce. Nie potrafiłam też otrząsnąć się do końca z myśli, "on mnie skrzywdził". Zrobiłam się apatyczna, nic mnie nie cieszyło, zażerałam stres. Przytyłam 15 kg. Pomijając pracę, nie miałam ochoty niczym się zajmować. Kłóciliśmy się bardzo często, najczęściej o sprzątanie. Sprzątałam, kiedy musiałam. Fakt, idealną dziewczyną nie byłam. Obowiązki domowe praktycznie zrzuciłam na niego. Wiem, to było fatalne z mojej strony. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że trzeba coś ze sobą zrobić i poszłam do psychologa. Nie do końca mi to wyszło, bo lekarz rozgrzebał sporo niefajnych rzeczy z mojego życia. Niemniej jednak to był pierwszy krok ku lepszemu. Na początku roku była między nami duża kłótnia, zastanawiałam się nad odejściem. Ale daliśmy sobie czas. Zaczęłam ogarniać coraz więcej rzeczy. Zrobiłam masę badań, które wykazały, że mój stan jest związany z hormonami, prawdopodobnie stąd też powikłania na sercu (dzięki, lekarze POZ, dobrze, że sama wydałam tysiące złotych na laboratorium i różne badania...). Zaczęłam ćwiczyć. Odstawiłam śmieciowe żarcie, zaczęłam chudnąć. Zmieniłam fryzurę na taką, która zawsze mu się podobała. Zabrałam go na kilka imprez rodzinnych, w końcu poznał moich najbliższych. A ja jego (dla ciekawskich: wcześniej nie było okazji się poznać, pracujemy często weekendowo, rodziny też nie naciskały etc.) Moi rodzice zaakceptowali jego (ku mojemu zaskoczeniu, ojciec nie lubił moich kolegów ani chłopaków), jego zaakceptowali mnie. Byłam szczęśliwa, coś się zmieniało. Zawsze mieliśmy tę pewność, ze chcemy być razem, wziąć kiedyś ślub. Było na tyle fajnie, że zastanawiałam się, czy za jakiś czas nie pojawi się pierścionek. Generalnie wracałam do życia porzuconego przed pierwszą jego aferą. Ufałam mu. Było coraz lepiej. Niestety... W czasie mojego wyjazdu z miasta zadzwoniła do mnie koleżanka z informacją, że X. ma konto na happn... Na początku się wypierał, potem stwierdził, że założył je na chwilę i spanikowany zaraz je usunął w styczniu tego roku. Zasadę z czasów pierwszej afery złamał, bo stwierdził, że nie był gotów na wypełnianie obietnic i generalnie to przypadek, bo założył to pod wpływem impulsu. Powiem tyle - to nie była prawda. Mam 100% pewności (i dowody na to), że miał też konta na tinder i badoo. Założone koło grudnia zeszłego roku, czyli zaraz po tym, jak byliśmy na wspólnej wycieczce w innym mieście... I przed naszą dużą kłótnią. Kiedy było względnie ok. Korzystał z nich przez około pół roku. Czułam się upokorzona, zwłaszcza, że te konta widzieli nasi wspólni znajomi. Złamał zasadę. I kłamie - przyznaje się tylko do happn. Jego zdaniem dowody są sprefabrykowane (nie, nie są). Gdyby nie to, że wciąż nie potrafi się przyznać, byłoby mi łatwiej. Teraz jest niby ok. Sporo sobie wyjaśniliśmy, ja powiedziałam, co bolało mnie w nim, on mi powiedział, co bolało go we mnie. Ja się staram (dla ciekawskich: schudłam prawie 10 kg), on się stara, planujemy wspólne życie. Tyle, że co jakiś czas cała sprawa do mnie wraca. Męczy mnie. Zastanawiam się, czy jestem w stanie jeszcze kiedykolwiek mu zaufać, skoro mimo wszystko wciąż kłamie. Teoretycznie jestem w stanie to zrozumieć - chyba myśli, że nie mam tej pewności co do jego nieuczciwości i kiedyś wybije mi z głowy to, że miał więcej portali randkowych. Aha, oczywiście do pisania z dziewczynami się nie przyznał. A ja mam screeny. Od nich. Nie pytajcie, jak i dlaczego to dostałam. Pewność mam też co do tego, że się z nikim nie spotkał. I pewność co do tego, że niby chciał ze mną być, ale jednocześnie dawał sobie wolną rękę (cytuję jedną z jego pamiętnikowych wypowiedzi "jeżeli trafi mu się nowa miłość, to z końcem umowy na mieszkanie się rozejdziemy"). Więc był gotów na rozstanie. Niemniej jednak, gdy już doszło do sytuacji kulminacyjnej, ani ja, ani on nie potrafiliśmy ze sobą zerwać. Stwierdził, że mnie kocha. Obiecaliśmy sobie, że naprawimy związek. No i póki co jest ok... Tylko jak ja mam mu zaufać? Kocham go i nie mam co do tego wątpliwości. Ale zwyczajnie się boję. Naprawdę jesteśmy dopasowani - podobne poglądy, podobne gusta (choć nie wszystkie, żeby nie było zbyt idealnie), dogadujemy się. Kilka lat ze sobą mieszkamy, więc też się dotarliśmy pod tym względem. Obydwoje jesteśmy tuż przed trzydziestką. Są wspólne plany. Problemem była moja depresja (pracuję nad tym w każdym aspekcie) i jego afery randkowe. Teoretycznie przepracowane. Boję się jednak, że to się kiedyś powtórzy. Skoro zrobił to drugi raz...? Póki co skończyło się na tinderach i gadaniu z dziewczynami przy jednoczesnym myśleniu o nieuchronności końca naszego związku. Jednocześnie chcę wierzyć, że już wszystko będzie ok. Czy to jest możliwe? Czy znacie pary o podobnych doświadczeniach, które dalej są ze sobą?
Rozszerzona zawartość newsa