Nagły koniec...
Dodane przez migotka88 dnia Grudnia 27 2011 11:38:53
Witam! O zdradzie dowiedziałam się 23 paź, minęły 2 m-ce, myślałam, że jest lepiej, ale święta udowodniły mi, że to tylko złudzenie... Dlatego po godzinach czytania tego portalu postanowiłam tu napisać. Oboje mamy po 23 lata. Związek trwał 6 lat. Dla obojga był pierwszym związkiem. Dla mnie nie stanowiło to żadnego problemu, dla niego wręcz przeciwnie, lecz nigdy mi o tym nie wspomniał. Poznałam go przez wspólną znajomą, początkowo to ja dążyłam do zapoznania się z nim. Ale potem postanowiłam, że to on jako facet powinien przejąć pałeczkę. I tak też się stało. Cudowne początki itp. I cudownie było dalej. Jak mi się wydawało do tego cholernego 23 paź. Nigdy nawet się nie pokłóciliśmy porządnie. Uchodziliśmy za wzorową parę, tymbardziej z takim stażem. Nasze rodziny się doskonale poznały, ja u niego czułam się jak u siebie, on u mnie też. W ostatnie wakacje był jeszcze romantyczny wyjazd, zdecydowaliśmy się na wspólnego psa i takie tam. Gdy zawalił studia i musiał wziąć urlop dziekański nie krytykowałam, broniłam przed innymi. Motywowałam żeby znalazł pracę. Nie mógł znaleźć. W końcu natrafiłam na ogłoszenie pracy idealnej dla niego ze względu na jego zainteresowania. Pomogłam mu pisać list, drżałam o rozmowę kwalifikacyjną itd. Dostał tę pracę. Przychodziłam tam często do niego, zabierał mnie tam. I tam też mnie zdradził, co tłumaczył ironią losu... Właśnie w paź zaczął mnie unikać, nie dzwonić, pisać okazjonalnie... Myślałam, że chodziło o małą sprzeczkę tylko. Po tych dziwnych 2 tyg. kiedy mówiłam, że mam dość takiego zachowania stwierdził, że wpadnie do mnie tamtej niedzieli z samego rana. Dotarł popołudniu, bo był... na zakupach. Usiadł, powiedział, że jest źle. Ja się z nerwów rozpłakałam. Zaczął mówić o monotonii itp. Dopiero potem, że mnie zdradził, dwukrotnie, z koleżanką z pracy po tym jak zaprosiła go do siebie. Koleżanka 28 lat, dla niego rozstała się z wieloletnim narzeczonym. Z nią jest namiętność, czekają na siebie. Mówił takie rzeczy, a ja nie miałam siły nawet walnąć go w twarz. Dziś za takie słowa zabiłabym chyba. Powiedział, że z nią nie jest, musi się zastanowić, co dalej, musi mieć czas. Później okazało się, że czas nie był potrzebny, bo się z nią non stop widywał w wiadomym celu. Mój świat się zawalił z dnia na dzień. Do końca był kochany, robił co chciałam, robił mi jakieś niespodzianki itp. Miesiąc przed tym zaczął wspominać o zaręczynach i ślubie. Po zdradzie wyznał też, że po 3 roku miał kryzys, podobała mu się inna, ale zrozumiał, że chce być ze mną. Tamtej podobno nawet nie dotknął. Nigdy wcześniej mi o tym nie wspomniał. Obecną zdradę na końcu wyjaśnił tym, że musiał mieć doświadczenia. Super. Wiedział, że ja doświadczeń nie potrzebuję, że chcę się związać na stałe. Potraktował mnie jak szmatę z dnia na dzień. A jego nowa kurewna nie dość, że stara, to niewykształcona i obiektywnie rzecz biorąc brzydka. Ale o takim samym toku rozumowania jak on. Jego cała rodzina nadal go potępia, ją wyzywa od najgorszych i uznaje, że byłam dla niego najlepsza. Oni wysłali mi życzenia świąteczne, on nie, tyle dla niego teraz znaczę... Uswiadamiam sobie, że nie jest mnie wart, jest śmieciem po tym co zrobił z naszym jak mi się wydawało świetnym związkiem. Tęsknię za tym co było i nie wyobrażam sobie budowania z kimś innym wszystkiego od zera. A sama też nie chcę być. Ja miałam już swoją wizję szczęśliwej przyszłości, teraz nie mam nic, wszystko mnie przeraża. I co z tego, że jestem młoda, skoro moje życie od razu zaczęło się tak z "grubej rury". Nic nie będzie już jak dawniej.
Rozszerzona zawartość newsa