Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Ostatnio Widziani

Hagi10
Cry00:41:50
Jasmin197300:52:17
acine02:02:49
# poczciwy02:31:14

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

NowySzustek
28.11.2022 23:28:10
Gdzie ten chat?

lIANKA
28.11.2022 21:27:18
witam

crap1966
17.11.2022 12:25:14
witam

Adept
15.11.2022 01:37:34
W Polsce mamy 1,5 miliona alkoholiczek. Ich główna grupa to wykształcone mieszkanki wielkich miast w wieku 25-40 lat, bezdzietne. To na pewno jest bez wpływu na ilość urodzin Szeroki uśmiech

gunio11
11.11.2022 09:29:20
Moim zdaniem nie ma co robić afery z byle gówna..Babki tak samo jak faceci jedne piją drugie nie, albo tylko trochę .A jaki to ma wpływ na ilość urodzin ?

Metoda 34 kroków

Metoda 34 kroków dla kryzysu w małżeństwie na odzyskanie pewności siebie w oczach partnera.

1.Nie śledź, nie przekonuj, nie proś i nie błagaj.
2.Nie dzwoń często.
3.Nie podkreślaj pozytywnych elementów związku.
4.Nie narzucaj się ze swoją obecnością w domu.
5.Nie prowokuj rozmów o przyszłości.
6.Nie proś o pomoc członków rodziny-masz wsparcie teściów póki są po Twojej stronie.
7.Nie proś o wsparcie duchowe.
8.Nie kupuj prezentów.
9.Nie planuj wspólnych spotkań.
10.Nie szpieguj, to Cię zniszczy.
11.Nie mów 'kocham Cię'.
12.Zachowuj się tak, jakby w Twoim życiu było wszystko w porządku.
13.Bądź wesoły, silny, otwarty i atrakcyjny.
14.Nie siedź, nie czekaj na żonę/męża , bądź aktywny, rób coś.
15.Będąc w kontakcie z nim/nią postaraj się mówić jak najmniej.
16.Jeżeli pytasz co robił/a w ciągu dnia, przestań pytać.
17.Musisz sprawić, że Twój partner zauważy w Tobie zmianę, że możesz żyć dalej z nim/nią lub bez niej/niego.
18.Nie bądź opryskliwy lub oziębły, po prostu zachowaj dystans.
19.Okazuj jedynie zadowolenie i szczęście.
20.Unikaj pytań dotyczących związku do chwili, gdy zechce sam/a z Tobą o tym rozmawiać.
21.Nie trać kontroli nad sobą.
22.Nie okazuj zbytniego entuzjazmu.
23.Nie rozmawiaj o uczuciach.
24.Bądź cierpliwy.
25.Nie słuchaj co naprawdę mówi do ciebie.
26.Naucz się wycofywać, gdy chcesz zacząć mówić.
27.Dbaj o siebie.
28.Bądź silny i pewny, mów cicho i spokojnie.
29.Pamiętaj, że jeżeli zdołasz się zmienić,Twoje konsekwentne działania mówią więcej niż słowa.
30.Nie pokazuj zagubienia i rozpaczy.
31.Nie wierz w nic co usłyszysz i 50% tego co widzisz.
32.Rozmawiając nie koncentruj się na sobie.
33.Nie poddawaj się.
34.Nie schodź z raz obranej drogi.

Takie tam, w urodziny.Drukuj

Zdradzona przez mężaCześć.

Moja historia zapewne jest banalna, ale czuję, że muszę się nią z kimś podzielić, bo mam wrażenie, że terapia dla par nie załatwia sporej części "problemu". Mianowicie, nie załatwia mojego problemu z tym co mnie spotkało, bo pracujemy nad związkiem a nie nad poprawą mojego samopoczucia i moich przemyśleń nad tematem. Podstawowe dane: Małżeństwo ze stażem kilkunastoletnim. Romans trwał około dwóch lat.

Tytuł jest nieprzypadkowy. O tym, że mąż mnie zdradza dowiedziałam się w jego urodziny. To, jak się czuje żona, po wspólnym wypadzie na miasto, z przygotowanym torcikiem, prezentem i "planami na wieczór" słuchając przez drzwi od łazienki miłosnych wyznań wypowiadanych do jakiejś kobiety przez telefon, trudno w ogóle opisać. To, jak się czuje żona słuchając bezczelnych zaprzeczeń męża gdy już z łazienki go wywołała, nie nadaje się do zacytowania. To, jak przez następne trzy doby jest okłamywana, posądzana o przywidzenia, przesłyszenia i brak umiejętności czytania ze zrozumieniem wyłuskanych z różnych urządzeń treści, nadaje się na encyklopedyczny przykład przy zdjęciu z gębą zdradzającego męża. Podejrzewam, że dowolnego przedstawiciela gatunku.

Padały takie klasyki jak "to nie tak jak myślisz", "to tylko takie wygłupy", "źle to odczytujesz", "nic się nie wydarzyło, to tylko takie gadanie" oraz moje ulubione, nieco bardziej nowatorskie dzieło pt.: "Nigdy w życiu nie dotknąłem innej kobiety nawet gołą ręką". Ten ostatni zwrot, w kontekście tego, czego się później i tak dowiedziałam, uważam za szczególnie parszywy i obrazujący do jakiego stopnia zakłamania i bezczelności potrafi się posunąć zdrajca. Przynajmniej zanim przyjdzie do niego konkluzja, co tak naprawdę zrobił i jakie są tego konsekwencje.

Przez pierwsze dwa tygodnie właściwie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Brak snu, nieustanny ból głowy, kompletny brak apetytu. Niby pamiętam wszystko dość dokładnie, niby byłam w pełni świadoma otoczenia, ale nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Nic nie było ważne, nic mnie nie interesowało, nic nie poruszało. Jedynym, co robiłam z zawziętością i bez ustanku to próby ustalenia jak daleko sprawy zaszły. Odzyskiwanie danych, dostęp do maili, analiza zachowań i podważanie mało wiarygodnych wyjaśnień. Bo warto tu wspomnieć, że mąż "walczył" z przykrą dla niego rzeczywistością dość silnie, choć względnie krótko. W ciągu trzech dni zerwał kontakt, ale jeszcze nie przyznał się do wszystkiego. Wiedziałam to doskonale i z każdym dniem wyciągałam nowe fakty aż w końcu po tygodniu postawiłam sprawy na ostrzu noża, dałam mu dzień na zastanowienie się, co robi. Wtedy wrócił z pracy i przyznał się do romansu. Początkowo twierdził, że rok, w toku późniejszych dowodów i ustaleń okazało się, że sprawa sięgała swoimi korzeniami do jakichś dwóch lat wstecz. Od razu sam zgłosił chęć pójścia na terapię, poszukał specjalistycznej pomocy.

On zrzucił balast, można powiedzieć, zawalił swój sufit na moją głowę. A co ze mną?

Było jedno, wielkie pasmo zgniatającej świadomości, że oto mój mąż, któremu ufałam bezgranicznie i w tym idiotycznym, ślepym zaufaniu, ignorowałam (oraz tłumaczyłam sobie innymi przyczynami, zakładając jego niewinność) pewne oznaki, zrobił dokładnie to, na co one wskazywały. To, co gdzieś pod skórą czułam, ale obwiniałam się za nadmierną podejrzliwość i sama sobie wmawiałam, że na pewno tylko mi się wydaje. Gorzej, cieszyłam się, mimo poczucia zazdrości, że mój "introwertyk" wyszedł wreszcie trochę do ludzi i ma częściej czas dla kumpli. Co mi tak naprawdę ułatwiało to samooszukiwanie? Fakt, że nasze małżeństwo nie było złe, przynajmniej nie z mojej perspektywy a teraz już wiem, że również z jego. Mieliśmy wspólne sportowe pasje, jeździliśmy na wycieczki, spędzaliśmy razem sporo czasu i co i rusz dochodziły jakieś nowe rozrywki, które pozwalały nam spędzać go razem więcej. Seks, może i nie był już taki rozbrykany jak na początku związku, ale był całkiem satysfakcjonujący. Nawet to, że to ja byłam główną inicjatorką tłumaczyłam sobie tym, że mąż tak po prostu ma, że woli poczekać na mój sygnał, żeby było "na pewniaka". Poważniejsze kłótnie może ze trzy przez całe dotychczasowe małżeństwo można uznać wręcz ze patologię i na terapii okazało się, że owszem, to nie było normalne i zostało okupione ustępstwami. Wyszło na to, że moimi.

Mąż nie chciał dzieci, więc przystałam na to mimo początkowej, dość naturalnej mojej chęci ich posiadania. Racjonalizowałam sobie ten stan, wmawiałam tak długo, aż sama uwierzyłam, że nie chcę. Chciałam, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił towarzystwa, więc "w gości" nie chadzaliśmy, nie zapraszałam też nikogo za bardzo do domu. Trochę niezręcznie jest siedzieć z ludźmi przy grillu gdy mąż nawet do nich nie wyjdzie tylko siedzi w sypialni na słuchawkach i nawet się czasem nie przywita. Ale tłumaczyłam sobie to tym, że taki charakter i ja w sumie nie potrzebuję gości, byle był szczęśliwy.

Mąż nie lubił moich koleżanek i nawet wykręcił mi raz awanturę gdy się zasiedziałam u jednej, więc przestałam mieć koleżanki czy choćby jedną przyjaciółkę. Przecież ja nie potrzebuję przyjaciół, mam dość zajęć i pomysłów co robić z wolnym czasem. Jestem samowystarczalna. A on, ważne, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił moich firmowych ognisk, urodzin czy integracji. Nawet jak już poszedł za moją namową, to siedział na uboczu struty, więc zostałam jedną z tych, co nawet jak już pójdzie to sama i zmywa się czym prędzej do domu. Co z tego, że jemu nigdy nie zabraniałam, wręcz namawiałam by z kolegą wyskoczył na piwo czy na kawę bo przecież musi się odstresować po pracy. Nie przedstawiał mi swoich kolegów. Trudno. Najważniejsze, żeby był szczęśliwy.

Chciał trenować? Kupowaliśmy hantle. Chciał odpoczywać? Dawałam mu przestrzeń i spokój. Nie sprawdzałam mu telefonu, nie sprawdzałam co robi, gdzie jeździ. Bo przecież mężczyźni mają "swój świat" i prawo do bycia jednostką w związku. Ja swoje bycie jednostką ograniczyłam do książek, paru gier i pogaduch w internecie z ludźmi, którzy byli "bezpieczni" dla samopoczucia męża, bo wystarczyło zamknąć klapę laptopa i znikali.

Chciał żebym poszła do pracy, która mnie nie interesowała? Poszłam. Wspomniał coś o "fałdzioszkach"? Schudłam. Chciał Chciał nietypowy samochód? Kupił i sprzedał za bezcen stawiając mnie przed faktem dokonanym już przy podpisywaniu umowy. Poczułam się zdradzona, zła, ale wybaczyłam. Wypominał mi tą złość przez lata. Mówił - nie zmienię auta na "jakieś tam", bo "znowu będziesz się awanturować". Tak, jakby jedna reakcja na oczywiste zatajenie przede mną ważnego dla naszych finansów faktu sprawiała, że jestem czepialską heterą. Tak się czułam gdy to powtarzał. Sprzedał dobre, wygodne auto, które lubiłam i zamienił na gorsze? Też mi wypominał, że mi było szkoda. W końcu wszystko co dotyczyło nawet pomysłu zmiany samochodu wywoływało u niego komentarze w tym stylu pod moim adresem. Mimo, że już dawno przestałam się przeciwstawiać czemukolwiek w tej kwestii, obciążał mnie piętnem tego, że on przecież nie kupi "bo ja". Ignorował gdy mówiłam "a kupuj" i trzymał się swojej wersji. A ja naprawdę już miałam gdzieś co kupi i za ile. Bo chciałam, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił zajmować się sprawami organizacyjnymi i prawnymi? Ja się zajmowałam. Pity, ubezpieczenia, zakupy nowego sprzętu, urzędy? Ja. Do tego stopnia, że to ja wymyślałam gdzie można pójść i to płaciłam za urodzinową kolację w restauracji, na którą mnie "zabrał". Ale czy to ważne? Poszliśmy tam razem i na tym się skupiałam a nie tym, kto przyłożył kartę do czytnika. Mimo, że czułam dyskomfort, nie uznałam go za ważny. Ważne, że mąż był zadowolony.

Mąż nie lubił pewnych potraw, więc wykreśliłam je również z mojego menu i przestawiłam kuchnię na jego ulubione dania. Czy to mi przeszkadzało? Oczywiście, że nie. Mogę przecież nie jeść kapusty czy golonki. I tak nie są zbyt zdrowe. Największa moja radość to gdy zjadł a na pytanie "Czy mu smakuje" odpowiedział "Może być".

Czy sam kiedyś pochwalił? Nie. Niezapytany nie pochwalił nigdy za nic. Musiałam się dowiadywać "czy ładnie wyglądam", żeby usłyszeć zdawkowe, że "zawsze ładnie wyglądam". Zawsze, to takie nigdy, ale musiało mi przecież wystarczyć. I wystarczało. W jakimś stopniu bo poczucie nieatrakcyjności rosło sobie zdrowo mimo tego, że starałam się zawsze być schludna, umyta, szczupła i "sportowa". Sport i moro. Żeby cieszyć oko męża i spędzać razem czas. Nawet jeśli po dniu pracy nie chciało mi się robić kilkunastokilometrowych marszy po lesie bo nogi mi odpadały. Trochę poboli, ale przecież to dobre dla zdrowia i ten czas spędzony razem. Prawda? Z resztą ja też lubię łazikować. Co z tego, że nie zawsze mam siłę. Znajdę. Dla niego zawsze znajduję.

Mąż nie lubił całej mojej rodziny, szczególnie moich rodziców. Pewnie najbardziej dlatego, że musieliśmy z nimi mieszkać z przyczyn głównie finansowych a potem to jakoś się zapętliło. To prawda, to nie są najlepsi ludzie pod słońcem. Ojciec - funkcjonalny alkoholik ze skłonnością do przemocy, matka z problemami emocjonalnymi i hazardzistka. Oboje trochę toksyczni, lubiący budzić u swoich "ofiar" poczucie wdzięczności za rzeczy, które były ich zakichanym rodzicielskim obowiązkiem oraz poczucie długu, włącznie z zadłużaniem nas "na zeszyt" za "życie" gdy nie mieliśmy pieniędzy. Chore? Tak. Ale nie są też pod słońcem najgorsi. Są za to na pewno w jakimś stopniu uciążliwi. Co robił mój mąż? Przychodził do mnie by narzekać na teściów a ja czułam, że muszę albo zareagować, albo ich wytłumaczyć. Więc to właśnie robiłam. Teściowie przychodzili do mnie narzekać na męża, a ja czułam, że teraz muszę jego tłumaczyć przed nimi. Tłumaczyłam tak jednych przed drugimi kilkanaście lat. Nikt z całej trójki nie interesował się absolutnie ani razu jak ja się w tym wszystkim czuję i czy ktoś mi w tym wszystkim okazuje jakieś wsparcie. Ale byłam silna. Ważny był dla mnie spokój w domu i brak kłótni. Brak kłótni był dla mnie równoznaczny ze szczęściem męża. Więc brałam to wszystko na siebie i nie narzekałam. Na nic. Przez kilkanaście lat.

W końcu zaczęłam narzekać a dokładniej - przeciwstawiać się trochę. Odsyłać do źródła, albo mówić, żeby sam z danym problemem zawalczył, bo ja nie zmienię świata w pojedynkę na taki, jakiego on oczekuje. Nie dam rady nic zrobić z kierowcami na drodze, debilami w pracy i teściem wkładającym do zlewu brudne talerze. Pewnych rzeczy nie potrafię zmienić a z pewnymi, jeśli mu przeszkadzają, może zadziałać sam. To były skromne próby. W stylu "ciągle marudzisz na to samo" albo "to może idź i powiedz". Skończyły mi się chyba pokłady cierpliwości i/lub odporności. Odcięta od wszystkich i wszystkiego, zdana wyłącznie na siebie, rozjemca, negocjator i organizator w jednym. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że wtedy właśnie mój mąż uznał, że go już nie kocham. Że się nim nie interesuję i mam jego "problemy" oraz jego samego gdzieś. Że tylko on w tym związku o niego dba, bo robi mi herbatę i daje buziaka. Że tylko on w tym domu coś robi i nikt go nie docenia.

A kto go docenia? Koleżanka z pracy. Podstarzała metresa, mężatka narzekającą na męża, której on, mój bohater, służył koleżeńską radą jak sobie w małżeństwie chłopa "ustawić". Jak o związek zadbać i ogólnie co robić gdy się źle dzieje. Doradzał terapie, szczere rozmowy, zmianę nastawienia a potem, gdy już przekonała go, że to wszystko wina jej męża a ona to jest jakiś ósmy cud świata, zaczął zachęcać do rozwodu i utwierdzać ją w przekonaniu, że jest w toksycznym związku. Tych samych porad nie umiał jakoś zastosować w swoim związku, w którym czuł się niedoceniony i niekochany. Nie porozmawiał. Nie zaproponował terapii. Nie wystąpił o rozwód. Wolał rozwiązanie z oszukiwaniem żony, zaniedbywaniem jej, odtrącaniem w końcu i oczekiwaniem, że to ona jak zawsze ma wszystko załatwić za niego. Nawet gdy nie wie, że jest jakiś problem, to przecież powinna się domyślić. On nie ma czasu. Jest zajęty pisaniem 60 smsów dziennie do jakiejś mężatki, wysiadywaniem z nią w pracy, po pracy i kombinowaniem jak się tu spotkać.

Czy można powiedzieć, że jestem winna bo byłam głupia i zrobiłam masę błędów? Bo zaczęłam w końcu trochę "mądrzeć" i się bronić? Bo poczuł się wtedy odrzucony i niedoceniany? Nie. Winny zdradzie jest wyłącznie mój mąż. Oboje mieliśmy problemy, które nie były poruszane. Ja nie poruszałam swoich, on swoich. Miało to zły wpływ na nasze małżeństwo, ale to nie ja poszłam szukać uznania w oczach kogoś postronnego. To nie ja go okłamywałam przez dwa lata. Nie zdradziłam, nie zdeptałam poczucia wartości, nie potraktowałam jak szmatę do tego stopnia, że nieświadomie, na jego życzenie, załatwiałam mu wolne w pracy albo brałam dodatkowe nadgodziny, żeby mógł się z tą kobietą spotykać. Nie ja przeniosłam całe swoje zaangażowanie poza związek, zamiast ratować ten. On to zrobił. Świadomie dokonywał wyborów przez bardzo długi czas. To nie był jednorazowy wyskok, zamroczenie czy chwila słabości. To było długofalowe, w pełni kontrolowane skurwysyństwo.

Czy w pewnym sensie jestem współodpowiedzialna? Oczywiście. Poziom spolegliwości, odcięcia od innych i zapatrzenia w męża i jego potrzeby sprawił, że porzuciłam własne. Przywykł, że wszystko co robię to norma i po prostu mu się należy, więc nie ma żadnego powodu by to dostrzegać i doceniać. Ja się sobą zajmuję sama, więc on nic nie musi robić. Dlatego przestał się angażować. Przestał mnie widzieć jako kobietę, o którą trzeba zabiegać i dbać. A ja mu na to pozwoliłam. Zamiast choć trochę wymagać i oczekiwać, jak normalna istota ludzka z potrzebami, rezygnowałam myśląc, że tak będzie lepiej. Zamiast pozwolić sobie na zazdrość i trochę egoizmu, dawałam mu "przestrzeń". Aż w końcu dałam jej za dużo. Wtedy okazanie buntu i oczekiwanie na jakieś działania z jego strony uznał za ostateczny koniec uczucia. I to, najprawdopodobniej, skrzętnie w sobie pielęgnował, żeby nie mieć do siebie za dużych pretensji, że zdradza. Bo skoro nie ma miłości, to nie ma też zdrady, prawda? Przysięgi przysięgami, obietnice obietnicami, ale tego małżeństwa już i tak nie ma, więc rozwód to kwestia czasu.

Chuj z tym, że nie zapytałem żony o zdanie. Po co. Jeszcze by się okazało, że to nieprawda a ja jestem bardzo głupim, egoistycznie patrzącym na świat człowiekiem, który robi potworny błąd krzywdzący bardzo bliską mi osobę, z którą nadal lubię spędzać czas i uprawiać seks.

Nikt nie chce tak o sobie myśleć i ja to rozumiem. Jak już zabrnął w postronną relację, to ani się przyznać, ani to skończyć, nawet jeśli obudziły się jakieś odruchy człowieczeństwa, to gasły szybko, zalane romansowym pierdololo.

I to nie tak, że uważam męża za najgorszego skurwysyna na świecie. Ma sporo zalet. Potrafi być czuły. Potrafi o mnie zadbać i zaopiekować się gdy trzeba. Potrafi posprzątać czy dokonać drobnych napraw. Nie muszę go nękać trzy dni o wyniesienie śmieci. Potrafi też słuchać, nawet jeśli temat go niezbyt interesuje. Jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, użali się nad chorym kotkiem i przygarnie kundla a poszkodowanego nie zostawi bez pomocy. Nie ma nałogów, nie ugania się za spódniczkami, co w kontekście zdrajcy brzmi może dziwnie, ale nie dawał mi nigdy zbyt wielu powodów do zazdrości. W ogóle mam wrażenie, że jeśli tylko chce, to umie więcej niż sam myśli, że będzie umiał. Potrafi z resztą przyswoić czy odnaleźć niezbędne informacje. Oraz, mam wrażenie i oby było słuszne, potrafi wyciągać wnioski z błędów.

A jednak mimo, że minęło pół roku, nie potrafię się pozbyć podejrzeń. Nie potrafię nadal wybaczyć. Ciągle myślę o tym co mi zrobił. Nie mam zaufania i co gorsza zdarza mi się nadal znaleźć dowody na to, że część rzeczy związanych ze zdradą jeszcze jest ukrywana. Ostatnio odkryłam na przykład, że gdy zapewniał mnie, że nigdy nie było takiej opcji, żeby z metresą zamieszkał lub spotykał się w hotelu albo wynajmowali razem mieszkanie - zwyczajnie kłamał. Szukał hoteli i szukał mieszkań na wynajem w wygodnej dla nich obojga okolicy. Dla niego to nie kłamstwo, bo tego nigdy nie zrobił, ale dla mnie... To, że szukał takich możliwości, oznacza, że owszem, była taka opcja i ją rozważał. A więc kłamie, że opcji nie było. A skoro kłamie w tym, to w czym jeszcze? W ilości stosunków (która w mojej opinii jest mocno zaniżona)? W tym, że się z nią nie kontaktuje? W tym, że nie pamięta kiedy się pierwszy raz całowali? W tym, że tak naprawdę nie pociągała go fizycznie i bardziej chodziło mu o rozmowy? W czym jeszcze? W co wierzyć a w co nie wierzyć?

I jak uwierzyć w ogóle w cokolwiek.



14578
<
#1 | aster dnia 05.06.2022 11:08
Kania
znalazłaś się w miejscu prawdy... a boli tak dlatego bo zostałaś oszukana już jako dziecko

Cytat

Ojciec - funkcjonalny alkoholik ze skłonnością do przemocy, matka z problemami emocjonalnymi i hazardzistka. Oboje trochę toksyczni, lubiący budzić u swoich "ofiar" poczucie wdzięczności za rzeczy, które były ich zakichanym rodzicielskim obowiązkiem

a później Ty sama przez wiele lat, przez całe wasze małżeństwo oszukiwałaś samą siebie, bo takie nabyłaś wzorce. Skąd mogłaś wiedzieć, że źle robisz... dla siebie źle? Robiłaś wszystko, żeby uszczęśliwić wszystkich wokół; najpierw rodziców, żeby byli zadowoleni a w małżeństwie męża

Cytat

Mąż nie chciał dzieci, więc przystałam

Cytat

Mąż nie lubił towarzystwa, więc "w gości" nie chadzaliśmy,

Cytat

Chciał żebym poszła do pracy, która mnie nie interesowała? Poszłam
itp. etc.
Ciebie nie było w tym związku był tylko on ale to już wiesz...
Te ustępstwa w stosunku do męża a później skutek ich stosowania, czyli zdrada nie jest Twoją winą. TO BYŁA JEGO DOBROWOLNA DECYZJA. Rozgranicz to.
Problem Twój, wynikający z dzieciństwa, jest złożony i bardzo zakorzeniony, warto byłoby z psychologiem popracować nad tym.

Cytat

On zrzucił balast, można powiedzieć, zawalił swój sufit na moją głowę.

nie wchodź w to; proponuję Ci zastosować się do 34 kroków (masz po prawej), nie zajmuj się ratowaniem małżeństwa on niech to na klatę weźmie, zajmij się sobą w każdym aspekcie Twojego życia i bądź konsekwentna, odszukaj prawdziwą siebie.
15444
<
#2 | Kania dnia 12.06.2022 15:14
Cześć. Dziękuję za odpowiedź. 34 kroki to jednak metoda ponad moje siły i możliwości, bo taki poziom zakłamania jest dla mnie raczej nieosiągalny. Potrafię udawać w pewnym, koniecznym zakresie, ale nie aż takim i nie jednocześnie w domu i w pracy. Trochę za dużo, trochę za trudne. Oszukiwałam się przez tyle lat i teraz proponujesz mi, bym się oszukiwała tylko w inny sposób a ja mam dziwne poczucie, że może trzeba przestać się w ogóle oszukiwać i dowiedzieć w końcu co ja tak właściwie czuję i czego ja tak właściwie chcę. Tylko na razie nie jestem w stanie tego rozgryźć.

To co piszesz jest tak poza tym dość trafne i może dlatego takie przykre. Tak, czuję się przez to jakoś odpowiedzialna za fiasko tego związku. Moje nieprzepracowane wzorce plus jego nieprzepracowane wzorce (u niego w domu było oprócz alkoholu dodatkowo dużo bardziej ubogo i przemocowo) dały taki paskudny efekt. To nie tak, że ja zdejmuję winę z męża. Uważam, że to była wyłącznie jego wina, bo wszystko dałoby się rozwiązać inaczej. Gorzej nawet. Wiem, że on romans zaczął od pogaduszek i udzielania porad małżeńskich tej kobiecie bo żaliła się na swojego męża. Ja tego nigdy nie zrozumiem, jak można się mądrować do kogoś na tematy, o których się nie ma najwidoczniej pojęcia, bo nie robi się nic ze swoim własnym związkiem. W jego odczuciu (na tamten czas) był to związek, w którym "już nic nie ma" i się "wypaliło". Nie widział w ogóle ile czasu spędzamy razem, ile mamy wspólnych zainteresowań. U mnie nic się nie wypaliło. Mam wrażenie, że zostałam kompletnie olana na rzecz jakiejś purchawy, której jedyną zaletą było to, że słuchała go jak świnia grzmotu i utwierdzała w poczuciu, że jest zbyt cudowny a ja go nie dość doceniam. Mąż ciągle mi powtarza, że to wszystko jego wina, ale głównym powodem było to, że jak mi coś mówił, to mu odpowiadałam, że ciągle narzeka. Tyle, że ja faktycznie tak stwierdziłam kilka razy, ale dopiero kiedy naprawdę ciągle narzekał. Od czternastu lat te same teksty mogą przecież zacząć męczyć. A to praca do dupy, a to ludzie na drogach do dupy, a to teściowie do dupy. I tak w kółko i kółko i kółko. Próbowałam pocieszać, próbowałam tłumaczyć, że z kierowcami nic nie zrobi, że teściowie to się raczej już nie zmienią itd, ale nic to nie dawało. Jak zaczęłam stawiać granice (zmień pracę, jeździj rowerem, pogadaj sam z teściami) to się okazało, że " on do mnie nie mógł nic powiedzieć". Nie mogę pojąć skąd on wziął takie wnioski i dlaczego wykiełkowały z nich takie pomysły, że tamta, to jest wspaniała kobieta, sympatyczna i cudowanie się z nią rozmawia a mu tylko o to chodziło, tylko jakoś się wymknęło spod kontroli. Bo jej mógł tak smędzić i ona mu przytakiwała. Ciekawe, czy by wytrzymała 14 lat z takim samym uśmiechem na twarzy albo choć taką cierpliwością, jaką miałam ja. Podejrzewam, że nie połączył kropek, że ona właśnie na męża narzeka. Do postronnego kolesia. I się do tego postronnego kolesia mizdrzy, ale jak wraca mąż zza granicy, to jeżdżą razem z mężem na wakacje i już jakoś nie jest taki zły. Czemu ten mój idiota tego nie widział? Czemu nic nie widział w ogóle? Czemu zapomniał, że ja jestem na wyciągnięcie ręki i wystarczy porozmawiać (tak jak jej doradzał) albo iść na terapię małżeńską (tak jaj jej doradzał). Czemu w ogóle nie zajął się swoim małżeństwem, tylko wpieprzał się w czyjeś? Czemu tak mu zaimponowała kobieta, która swojego męża traktowała jak zło konieczne gdy miał u boku kobietę, która swojego męża traktowała jak mężczyznę życia? Złego słowa nie powiedziała do nikogo. Wady uważała za urocze głupoty? Chwaliła po znajomych i rodzinie? Czy to jest naprawdę niezbędne żeby być dla kogoś zimną, egoistyczną suką, jak ta z 34 kroków, żeby ten ktoś umiał w ogóle docenić byle gest sympatii?

Ach, i przepraszam, że tak późno się odzywam, ale miałam trochę gorszy czas i brak mocy na cokolwiek poza pracą i próbami zachowywania się jakoś jednak normalnie. Mam ludzi, którymi zarządzam i nie chcę, żeby moje życiowe problemy wpływały na nich a to jednak momentami potężny wysiłek. Szczególnie jeśli pojawi się temat zdrady czy związków jako takich. Wczoraj na przykład nie wytrzymałam, wdałam się w dyskusję i odruchowo broniłam męża... To się w ogóle da wyleczyć?
14578
<
#3 | aster dnia 13.06.2022 09:30

Cytat

34 kroki to jednak metoda ponad moje siły i możliwości, bo taki poziom zakłamania jest dla mnie raczej nieosiągalny.

Nikt nie namawia Ciebie do okłamywania, tym bardziej siebie samej, nie po to one mają służyć. Metoda 34 kroków ma nie tylko na celu odzyskanie pewności siebie w oczach partnera lecz zastosowanie jej ma spowodować "stanięcie z boku" wobec całej sytuacji, która Ciebie spotkała. Nie chodzi o to, żebyś ciurkiem odfajkowywała wszystkie punkty ale wybrała te, które mogą okazać się dla Ciebie pomocne.
Ugrzęzłaś działając tym samym schematem i nie potrafisz znaleźć dla siebie dobrego rozwiązania bo nie widzisz pewnych rzeczy , chociażby:

Cytat

Mąż ciągle mi powtarza, że to wszystko jego wina, ale głównym powodem było to, że jak mi coś mówił, to mu odpowiadałam, że ciągle narzeka

jak myślisz kogo on tu okłamuje? Bo nie siebie. Jego jedynym zmartwieniem teraz jest to, że się wydało i próbuje ratować nie was ale siebie, chce wyjść z twarzą. Na Twoje barki próbuje zrzucić ratowanie związku paradoksalnie wprowadzając Ciebie w poczucie winy; dlatego napisałam Ci w poprzednim komentarzu, żebyś w to nie wchodziła; dlatego napisałam Ci o 34 krokach, żebyś się mogła emocjonalnie od niego odsunąć, żebyś więcej zobaczyła i nie robiła za niego roboty. Zmień schemat działania bo w tej chwili dajesz sobą manipulować.

Cytat

ja mam dziwne poczucie, że może trzeba przestać się w ogóle oszukiwać i dowiedzieć w końcu co ja tak właściwie czuję i czego ja tak właściwie chcę

tylko, że Ty nie próbujesz siebie zrozumieć ale jego

Cytat

W jego odczuciu (na tamten czas) był to związek, w którym "już nic nie ma" i się "wypaliło"

Cytat

Nie mogę pojąć skąd on wziął takie wnioski i dlaczego wykiełkowały z nich takie pomysły,

Cytat

Czemu ten mój idiota tego nie widział?
etc.
żeby wiedzieć czego Ty chcesz musisz stanąć w prawdzie sama ze sobą, nie z nim...on Ciebie będzie wciąż okłamywał i manipulował Tobą jak robił do tej pory, nauczyłaś go tego swoją ustępliwością i tłumaczeniem go przed samą sobą...
On on on... a Ty gdzie w tym w tym wszystkim jesteś? Uzależniłaś się od męża. Pozwól i jemu zobaczyć siebie samego.
15444
<
#4 | Kania dnia 13.06.2022 13:19
Większość tych punktów dla mnie wygląda po prostu jak inna forma wmawiania sobie czegoś, tyle że tym razem udaję, że jestem "ponad to". A nie jestem. Nie jestem nawet obok tego, tylko w samym środku. Chciałabym się tak oddzielić. To by była taka ulga. Są jednak punkty, które zastosowałam bezwiednie.

1. Nie prosiłam i nie błagałam. Wręcz przeciwnie. Poinformowałam, że go absolutnie nie zatrzymuję, przestało mi zależeć i jeśli taka jego wola to niech się pakuje i "dowidzenia". W każdej chwili może odejść, jest wolnym człowiekiem, bo małżeństwo już zakończył.
2. Nie prowokuję rozmów o przyszłości, nie robię planów. Wprost powiedziałam, że nie podjęłam żadnej decyzji i nie wiem co zrobię. Możemy póki co spróbować naprawiać, ale nie obiecuję, że będę w stanie mu wybaczyć i z nim zostanę. Po prostu tego nie wiem i taka jest prawda.
3. Nie prosiłam o pomoc członków rodziny. Nikogo nie prosiłam o pomoc. Wiem, że ludzie bardziej niż pomóc chcą pouczestniczyć w "dramie" bo to dla nich super rozrywka, że komuś się źle dzieje. Mogą poczuć się dzięki temu lepiej a mam w nosie poprawianie komuś samopoczucia i zapewnianie rozrywek.
4. Nie prosiłam o wsparcie duchowe. Duchowo jest u mnie bez zmian, to emocje szaleją i dlatego psychoterapia a nie guru dowolnej religii. Nie szukam w niczym ingerencji sił wyższych bo nawet jeśli istnieją, to nie sądzę by je interesowało nasze zaszlachtowane przez zdradę małżeństwo.Z przymrużeniem oka
5. Nie planuję wspólnych spotkań. On planuje wyjazdy, wycieczki. Ja położyłam przysłowiową "lagę" i odzywam się w tej sprawie tylko jeśli w danym momencie mam na coś akurat ochotę.
6. Wróciłam do biegania. Z początku trochę na siłę, ale zmusiłam się, bo uznałam, że jeśli jestem w stanie zmusić się do biegania to i do innych rzeczy a z czasem zacznie wracać i ochota. Działa to coraz lepiej.
7. Fryzjer, kosmetyczka, trochę zmiana stylu ubierania. Tak jak ja chcę się czuć a nie być "najlepszym kumplem męża" w spodniach moro. Pindruję się pół godziny przed lustrem a jak trzeba to dłużej. Tak długo, aż się czuję wystarczająco ładna dla mnie samej. A nie tak jak wcześniej, szybko szybko bo mąż czeka i żeby nie być jak te "księżniczki" co na nie panowie zawsze narzekają. Niech narzeka. Niech się tylko odezwie to wspólne wyjście zmieni się co najwyżej w wyjście indywidualne.

Z resztą ostatnio wrócił późno z pracy, ja byłam w podłym nastroju a on stwierdził, że nie będzie rozmawiać tylko idziemy spać. Poleżałam aż w końcu stwierdziłam, że do cholery niby czemu? Co mnie obchodzi, że jest zmęczony? Zawsze to on jest "zmęczony" i wszystko musi czekać aż nie będzie. Ja też jestem zmęczona w a takich warunkach i tak nie zasnę. Wstałam i zaczęłam się ubierać, żeby po prostu wyjść. Iść pospacerować albo po prostu przenocować gdzie indziej. Jest gdzie, bez problemu. Nagle się okazało, że nie jest aż tak zmęczony i nagle się okazało, że chce rozmawiać a już na pewno nie chce, żebym wychodziła. Jakoś nie umarł na drugi dzień z niewyspania a ja czułam się jednak lepiej bo chyba pierwszy raz w życiu miałam gdzieś jego "samopoczucie" i "wyspanie".

8. Nie wierzę w nic co usłyszę ani w 80% tego co widzę. To może być chwilowe "staranie" żeby załatwić temat. Może kłamać on. Może kłamać ona. Próbowała się z nim skontaktować mimo tego, że podobno przy zerwaniu poinformował ją, że to koniec, kontaktu sobie nie życzy a ja we wszystko mam wgląd. Mimo to próbowała. Albo jest taka głupia, albo on oszukał mnie co do przebiegu ich rozstania. A jednak... Pogonił ją dość ostro. Zablokował. Mimo to, nie do końca mnie to przekonało czy aby nie zostawił sobie "furtki" wtedy a teraz tylko były tej furtki wyniki. Co za różnica. Przecież mam do czynienia z dwójką kłamców.

9. Dbam o siebie jak umiem od strony fizycznej, ale i psychicznej (na przykład napisałam na to forum). Przynajmniej się staram. Robię to co chcę, albo to, co prowadzi do oczekiwanych przeze mnie wyników. Zajmuję się coraz częściej rzeczami, które są tylko dla zabawy.

10. Nie poddaję się. Jak jest źle to staram się pamiętać o tym, że to wszystko jest przejściowe. Teraz źle, jutro całkiem nienajgorzej itd. Nawet jeśli momentami czuję się jak ofiara przestępstwa, której oprawcy wychodzą z sali sądowej śmiejąc się jej w twarz, to się nie poddaję. Wtedy myślę o zemście.

O to ostatnie chciałam zapytać. Myślenie o zemście. Mam ogromne poczucie niesprawiedliwości. Spotkało mnie coś potwornego i to głownie ja ponoszę tego konsekwencje. Z jednej strony mam głębokie przekonanie, że to moje święte prawo wziąć odwet za mój ból a z drugiej strony nie chcę być "kimś takim". Bezmyślną amebą nie zwracającą uwagi na to, że kogoś postronnego skrzywdzi dla własnej przyjemności. Nie chcę być jak mój mąż. Nie chcę być jak ta żałosna kobieta. A potem myślę, że co mnie to obchodzi jeśli ma mi pomóc? Może jestem dokładnie taka? Mściwa i podła? Może dlatego planowanie odwetu jest takie satysfakcjonujące?
13728
<
#5 | poczciwy dnia 13.06.2022 15:28
Jedyną konsekwencją zemsty będzie chwilowa poprawa Twojego samopoczucia; z naciskiem na "chwilowa". Skrzywdzisz siebie sama, będziesz się czuć jeszcze gorzej niż teraz; zeszmacona, bez godności; nie rób sobie tego;
Najlepszą zemstą będzie to jak całkowicie uniezależnisz swoje poczucie wartości i samopoczucie od niego; to nie oznacza rozwodu, rozstania czy zakopania go żywcem w ogródku; wręcz przeciwnie; zacznij żyć swoim życiem; niech na to patrzy; niech widzi jak upajasz się swoim szczęściem; niech zda sobie sprawę, że za swoje szczęście jesteś odpowiedzialna tylko Ty sama i o to sama potrafisz zadbać a on może jeśli zechce być jego uzupełnieniem, ale już na pewno nie podstawą;
To o czym napisałem wyżej nie dzieje się nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; wymaga to ogromu pracy; pracy nad sobą, nad własnym wzrostem; rozwojem; pół roku to tak naprawdę niewiele; zwłaszcza jeśli z szafy nadal wypadają nowe, ale tak ciągle samo cuchnące trupy;
Wbrew pozorom ta sytuacja, która Cię/Was spotkała ma ogromny potencjał; to co z nią zrobicie zależy już tylko od Was, ale Ty w żadnym wypadku nie powinnaś się oglądać na niego i za siebie; rób swoje; jeśli on chce stać w miejscu i czynić pozory niech stoi; tylko żeby miał świadomość, że za jakiś czas jak Ty będziesz już w innym miejscu a on nie nadąży to po małżeństwie zostaną tylko wspomnienia i na ratowanie czegokolwiek będzie za późno; to są konsekwencje chuci; nie rób już nic dla niego i pod niego, tylko i wyłącznie dla siebie; obrałaś dobry kierunek tylko pamiętaj, mimo upadków trzeba być konsekwentnym i się nie poddawać;
14578
<
#6 | aster dnia 13.06.2022 15:39
Albo nie doczytałam albo nie napisałaś, jaki dawno temu dowiedziałaś się o zdradzie?
Wydaje mi się, że stało się to stosunkowo niedawno.
Każdy potrzebuje czasu na odzyskanie sił psychicznych po takim ciosie; każdego czas jest jednak inny...jeden szybko się pozbiera, drugi wolniej...
Jak wynika z Twojego ostatniego komentarza radzisz sobie nieźle, czyli idziesz w dobrym kierunku; tylko musisz dać sobie właśnie ten czas na wyleczenie. Nie wiesz jeszcze jakie podejmiesz decyzje i kroki w przyszłości co do waszego małżeństwa, na to też daj sobie czas. Teraz to nie jest ten moment.

Cytat

O to ostatnie chciałam zapytać. Myślenie o zemście

to naturalne, że pojawia się u Ciebie chęć zemsty, bo kierują Tobą emocje; ulegniesz im? Na jak długo Ci to wystarczy, żeby poczuć się lepiej i czy w ogóle poczujesz się lepiej? A może trzeba skupić się na sobie, potraktować to zdarzenie jako trampolinę do lepszej ja, do lepszego życia; tamto przecież zostało skasowane, nie ma już do czego wracać. Lepiej na tym się skupić pomimo, że to jest długoterminowe zadanie. Z dnia na dzień będzie tylko lepiej, tylko tak jak wcześniej napisałam daj sobie czas, ile tylko potrzebujesz. Nie spiesz się.
15444
<
#7 | Kania dnia 13.06.2022 17:13
Poczciwy, tak, czytałam to już nie raz. Bardzo wiele jest sensownych uzasadnień dlaczego nie warto się angażować w zemstę. Problem z nimi jest taki, że sens ulatnia się wraz z zakończeniem czytania. Pewnie to wynika z tego co napisała aster, emocje są silniejsze niż rozum. Na szczęście zatrzymuję się na planach bo samo snucie projektów jak zdemolować wszechświat jest wystarczające. Mam trochę obaw po prostu, że w którymś momencie trafi się jakaś "okazja" i puszczą mi nerwy albo hamulce. Albo oba naraz.

Postaram się unikać robienia rzeczy "dla niego" i "pod niego", choć trudno nad tym zapanować po tylu latach przyzwyczajeń. Zabrzmi to może głupio, ale nie wiem co mam robić w zwykłej codzienności. W tej podstawowej prozie życia. Nie wiem na przykład, czy powinnam mu robić kanapki do pracy, czy robić tylko wtedy jeśli mam na to ochotę a może to, że mam ochotę je zrobić to już objaw przyzwyczajenia? Głowa mi kiedyś wybuchnie od zastanawiania się co ja właściwie mogę a czego nie mogę i kiedy robię źle a kiedy tak, jak należy? Przecież nie będę o każdą pierdołę pytać na forum więc jaki obrać ogólny kierunek w tym "robieniu dla siebie"?

Cytat

Albo nie doczytałam albo nie napisałaś, jaki dawno temu dowiedziałaś się o zdradzie?


To niecałe pół roku, ale mam wrażenie, że ledwie przed chwilą. Staram się nie dawać, ale czasem są gorsze dni. Dziś na przykład odkryłam, że ona nadal do niego smaruje wiadomości mimo, że ją zablokował. Wie, że mam wgląd w ten mail i sama zasugerowała, że pewnie jest na "podsłuchu" a jego decyzje nie są jego. Stwierdziła, że jego odpowiedzi to kłamstwa a on jest tchórzem. I wiecie co? W jakiś sposób zgodziłam się z nią co do meritum. To kłamca i tchórz. Można się oduczyć bycia kłamcą i tchórzem, można się zmienić, czy mam sobie dać z nim spokój? Wiem, że on chce i się stara, ale czy mam prawo oczekiwać, że pójdzie na terapię indywidualną i zajmie się sam swoimi problemami? Czy mam prawo mu powiedzieć, że tego oczekuję? A co jeśli pójdzie, nic z tego nie wyjdzie tak czy siak i będzie miał potem do mnie pretensje?

To jest tragedia ile ja mam pytań i jak bardzo jestem pogubiona. Aż mi po prostu głupio.
14578
<
#8 | aster dnia 13.06.2022 17:51
Ciężko jest wyjść ze strefy komfortu, nawet pomimo takich zdarzeń. Nie znamy jutra, mamy obawy, lęki. W starym życiu było do doopy... ale było bezpiecznie.
Czeka Ciebie mozolna praca, żeby wyprostować swoje życie.

Cytat

czy mam prawo oczekiwać, że pójdzie na terapię indywidualną i zajmie się sam swoimi problemami?

Masz wpływ tylko na swoje życie i tylko od siebie możesz oczekiwać i wymagać, on ma swoje do przerobienia nie prowadż go za rączkę, daj mu dorosnąć.
Może od tych kanapek zacznijcie, niech sobiesam robi, Ty swoje kanapki rób...
15380
<
#9 | Tomek040184 dnia 13.06.2022 18:18
Miła pani tu zgodzę się z przedmówcami o strefie komfortu i obawie co dalej po odejściu. Sam to przerobiłem 20 kwietnia, gdyż wyprowadziłem się. Na początku koszmary nawet po jednym piwku więc alko odpadał chociaż, dużo nie pije.
Moja historia bardzo podobna do twojej. Też dałem sobie na głowę wejść. Totalnie ograniczony życiowo. Zero życia, wypadów, nawet raz na rok z bratem na piwo jak poszedłem to kłótnia była chociaż wszyscy gadali mojej że nigdy nie zdradzę.
Obecnie dzieciaki w czasie wolnym u mnie siedzą bo blisko mieszkam. W końcu skupiłem się na sobie i robię to co lubię częściowo podobnie jak w związku gdyż rodzinny jestem, z tym wyjątkiem że z dziećmi ale bez żony.
Tobie również życzę przeskoczenie etapu żałoby i skupić się na sobie musisz żeby twój kombinator nie był pępkiem świata.
U mnie jeszcze rozwód przed ale dam radę bo cel uświęca środki i teraz na spokojnie do tematu podejdę. Na szczęście stany lękowe i nerwica już za mną.
15444
<
#10 | Kania dnia 15.06.2022 09:37
aster ja nie do końca mam jakąś strefę komfortu w obecnej sytuacji Z przymrużeniem oka . Zostałam z niej wypchnięta i nie odczuwam żadnego od dnia 0. Ale masz rację, niektóre rzeczy mam tak zakodowane, że w jakiś sposób mnie stabilizują "na chwilę" i sprawiają, że nie czuję się "złą żoną", która "pewnie na to zapracowała" bo "nawet mu nie robiła kanapeczek". Moim istotnym zadaniem w poprzednim życiu było przygotowywanie i dbanie o pożywienie. Mam bardzo mocno zakodowane, że facet musi mieć w domu jedzenie, bo jak nie ma to może się okazać, że zacznie go dokarmiać jakaś cwana gapa i wciskać mu przy tym do głowy, jak to żona o niego nie dba w ogóle. Jako kobiety jesteśmy dla siebie nawzajem czasem wyjątkowymi harpiami bez krztyny empatii, szczególnie jeśli mamy ochotę na zawartość portek, które się zdeklarowały wobec kogoś innego. Niestety takim myśleniem same robimy z mężczyzn bezmyślne golemy, które nie podejmują świadomych decyzji i zdejmujemy z nich tym samym odpowiedzialność za zło, które nam wyrządzają.

Zdradził, bo mu nie gotowała. Zdradził, bo go nie chwaliła. Zdradził, bo nie chciała trójkąta. Zdradził, bo "wstaw dowolne". Powodów może być setka a może być jeden, ale mam wrażenie, że za każdym razem polega na tym samym - bo ONA czegoś nie robiła tak, jak ON chciał. Sama myślałam, że czegoś nie robiłam jak należy, bo tak mi podpowiadają emocje. Na szczęście coraz częściej odzywa się mój rozum, który mi przedstawia zupełnie inny obraz sytuacji i mówi to, co wy mi tu mówicie - że się dałam wciągnąć w niezdrowy dla mnie układ sił, w którym myślałam, że robię wszystko żeby męża uszczęśliwić a tak naprawdę unieszczęśliwiałam siebie pod każdym innym kątem niż bycie idealną partnerką, kumpelą, opiekunką i diabli wiedzą kim jeszcze. Jak na to patrzę w chwilach chłodnego rozważania, to jestem na siebie wściekła, bo całe moje poświęcenie okazało się daremne tylko dlatego, że osobiście przyzwyczaiłam męża, że to ja pracuję nad relacją. Dlatego jak się zmęczyłam trochę, to natychmiast uznał, że go już nie kocham i może robić co mu się żywnie podoba. Bo on przecież za nic odpowiedzialności nie ponosił w tej relacji. I to jest moja jedyna cegiełka w tym nieszczęściu, więc jeśli tego nie zmienię, nie zmienię podejścia i patrzenia na relację, to cykl się powtórzy.

Dlatego nie zrobiłam wczoraj kanapeczek. I powiedziałam mu wieczorem, że zamykam pewien rozdział, który określiłam roboczo jako Rozdział Poszukiwawczy. Szukałam intensywnie dwóch rzeczy. Prawdy na temat tego, jaka była dokładnie jego relacja z tą nieszczęśnicą oraz powodu, dla którego w coś takiego się wdał. Próbowałam zbierać fakty i informacje, żeby dostrzec sens i rozmiar problemu a przy tym zrozumieć jego sposób myślenia. Te "trupy" wypadające z szafy, jak je sympatycznie określił poczciwy były dla mnie za każdym razem dodatkowym impulsem, żeby w temat zajrzeć głębiej i wydobyć z męża wszystko co się da. Przedwczoraj i wczoraj wałkowałam znowu temat i dotarła do mnie jedna rzecz. Że jestem potwornie wprost zmęczona. Tak bardzo, że nie mogę oddychać. Co gorsza wszystko w środku mnie już boli i każde podejrzenie, każdy skrawek informacji albo choć kłamstwo tego jego koczkodana wywołuje lawinę niepewności, podejrzliwości i poczucia, że jestem nadal okłamywana. Morduję się i cierpię, ale na dobrą sprawę czy to coś zmienia? Nic.

Że doszło do zdrady przecież wiem. Mąż się przyznał i to w trzy zaledwie doby od dnia 0, co sugeruje, że raczej szybko do niego dotarło co zrobił. Od tamtego czasu wielokrotnie przerobiliśmy temat, doszły nowe niuanse, ale co do meritum - nic się nie zmieniło.

Że mąż bardzo chce wszystko naprawić i odpokutować przecież wiem. Już zanim się przyznał do całości swoich wyczynów zaproponował terapię, znalazł numer, umówił, zdecydował o zmianie miejsca pracy i generalnie, nie licząc oczywistych potknięć i błędów wynikających z tego, że nie ma doświadczenia w takich sytuacjach, robi wszystko co tylko się da, żeby poprawić mi samopoczucie.

Co zatem mi daje drążenie tematu i po co to robię? A diabli wiedzą. Może próbuję odzyskać kontrolę, może faktycznie rozwiązywanie problemów to moja strefa komfortu. Jednak nawet jeśli udaje mi się coś wydłubać to tylko i wyłącznie mnie dobija. Wiem, że to wynik utraty zaufania. Wiem, że to wynik mojego sposobu myślenia. Tylko dotarło do mnie, że zaufania tak nie odzyskam a sposób myślenia robi mi tylko krzywdę więc trzeba dokonać zmiany. Teraz.

Dlatego powiedziałam mu, że nie mogę się już zajmować jego problemami, próbować ich zrozumieć i znaleźć rozwiązania co robić, by się sytuacja nie powtórzyła. Obecnie mam swoje i nie uciągnę znowu dwóch osób na barkach, choć odruchowo próbuję to robić. Na szczęście na forum mądrze mi doradzono, żebym dała sobie spokój i zajęła się sobą. Dlatego on musi do źródła swoich problemów dojść sam a ja kończę ten etap. I wiecie co? Zero problemu z jego strony, aż byłam zdziwiona, idzie na terapię. Dla mnie? Ulga, że nie muszę się tym już zajmować.

Powiedziałam też, że uznaję jego "wersję" za prawdę i przestaję szukać innej, takiej, która w moim odczuciu jest bardziej realna. To pożera mnóstwo mojej energii i trawi mnie od środka, ale samo udowodnienie jemu i sobie, że było jednak trochę więcej tych "numerków" i trochę więcej jej poświęcił i naobiecywał nadal niczego nie zmieni tylko jeszcze bardziej mnie dobije. Bo udowodnię mu kłamstwo a już przecież ustaliliśmy, że jest kłamcą, oszustem oraz egoistą. Że mnie nie kochał wcale przez te dwa lata, bo ludziom, których się kocha, takich rzeczy się nie robi. Nie wiadomo nawet czy on ma w ogóle jakieś pojęcie co to jest miłość. Ma to sobie sam ustalić i sam nad tym popracować. Mi dojście do jakichkolwiek dodatkowych konkluzji w tym temacie w niczym nie pomoże, więc temat zamykam i uznaję tą wersję za ostateczną. Jeśli ktoś będzie chciał podważyć moją decyzję to musi przyjść z naprawdę mocnymi dowodami, a nie tylko pisać "zdupymaile". A i wtedy rozważę czy to cokolwiek zmienia, czy mi się zwyczajnie nie chce w temacie babrać. Zabrał mi tyle swojej energii i oddał komuś, nie pozwolę, żeby ten ktoś wysysał teraz moją. Niech zdychają z głodu oboje aż się nauczą jeść warzywka, których sobie sami "nawarzyli". O.

Wiadomo. Jeszcze płaczę pisząc o tym, ale to już chyba tylko ten "gwizdek emocjonalny", przez który wychodzą ze mnie różne stany. Płaczę, bo to wszystko trzeba przepłakać i to wcale nie znaczy, że jestem słaba albo sobie nie poradziłam. Jest takie powiedzonko, że ludzie płaczą nie dlatego, że są słabi, tylko dlatego, że zbyt długo byli silni. Ja sobie ukułam własne.

Emocje to mięśnie psychiki a łzy to jej zakwasy.

Tak trochę od innej strony. Wiadomo, że bez zakwasów nie da się za bardzo rozbudować mięśni i to, że coś boli po treningu jest oznaką, że organizm tam właśnie pracuje nad dołożeniem włókien. Zatem obciążenie prowadzi do rozwoju, a rozwój łączy się z dolegliwościami. I tak samo jest z psychiką. Jeśli jest obciążana to się rozwija i boli a ten ból manifestuje się łzami. Wiem, że brzmi głupio, ale dla mnie ma 200% sensu Szeroki uśmiech Jako kobiety bardziej polegamy na tych "emocjonalnych mięśniach" i silniej je rozbudowujemy, więc częściej płaczemy. Tadam! Zakwasy w oczach, które czynią nas silniejszymi emocjonalnie Pokazuje język

Tomek040184 dzięki za życzenia. To naprawdę miłe. Twój opis sytuacji wygląda jednak dość skąpo, bo zakaz wychodzenia na "piwko" chyba nie jest przyczyną rozwodu?
15380
<
#11 | Tomek040184 dnia 15.06.2022 18:43
Kania sytuacja podobna jak u ciebie według mnie. Nie jestem jakiś peota i nie potrafię bajecznie koloryzować historii, typowo męskie podejście do tematu.
Długie śledztwo u mnie było. Analiza bilingow, wychodzenie żony wieczorem na dziwne spacery poprzedzone SMS-ami w łazience, telefon ciągle przy sobie, drugi numer miała bo oczywiście zapomniała powiedzieć przypadkiem. Jedno co mnie razi to z jaką łatwością można kogoś zdradzić i brak empatii, gdyż konsekwencje zdrady odczuwa wiele ludzi : dzieci zdradzonych, kochankowie nawet, rodziny, itd. Przeanalizowałem zdradę na wszystkie sposoby i z tego co widzę u ciebie mamy do czynienia z notorycznym kłamcą. Tutaj słusznie forumowicze zauważyli że vw związki podział ról powinien mniej więcej na pół rozłożyć się. U ciebie tylko na tobie praktycznie rodzina opierała się i to nasz błąd. Nie mieliśmy wzorców w rodzinach które nam wskazały jak żyć w życiu dorosłym. U mnie podobnie mama alkoholiczka, ojciec narcyz seksoholik nie interesujący się dziećmi. Dlatego taki instynkt silny i mnie rodzicielski.
Mam o tyle fajnie że już na swoim układam sobie życie. Co na razie mi pasuje bo mi samotność w niczym nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie to mój sojusznik Uśmiech. Życie toczy się dalej. Priorytety niezmienne zostały. Ma szczęście nie nudzę się w życiu co pomoglo mi przetrwać kryzys i etap żałoby po zdradzie taki jak ty teraz masz chociaż ciężko było.
Na początku nie rozumiałem i chyba nie chciałem zrozumieć całej sytuacji po zdradzie. Chociaż teorię całą przerobiłem.
Swoją drogą dobrze że dyskusja się nawiązała Z przymrużeniem oka.
15444
<
#12 | Kania dnia 16.06.2022 09:11
Tomek040184 Teraz lepiej rozumiem. U mnie śledztwo trwało prawie pół roku. Dopiero przedwczoraj je zakończyłam. Też sprawdziłam od razu billingi (czego nigdy w życiu nie robiłam bo jestem, a raczej byłam, osobą ufną) i wyrwały mi dosłownie kręgosłup razem z głową. Potrafił dzwonić do niej przed pracą, po pracy, jak mnie nie było w domu i prowadzić tak długie rozmowy, że ze mną chyba w życiu tyle nie rozmawiał, pisać po kilkadziesiąt smsów dziennie wplatając między romansowe pierdololo smesa do mnie, że dojechał do pracy czy inny zwyczajowy. Na przykład, że mnie kocha i żebym sobie odpoczywała. Powiem ci lepszy numer. Widziałam, że dużo pisze z "kolegami" to co zrobiłam? Wyszukałam mu telefon, który zawsze chciał, taki z fizyczną klawiaturą, żeby mu się wygodniej pisało i kupiłam w podarku "bez okazji". Ja mu sama, w swojej chęci dbania o niego, ułatwiałam zadanie na tyle sposobów, że teraz po prostu jestem w stu procentach pewna, że miłość jest naprawdę ślepa, głucha i ogólnie chyba upośledzona. Z przymrużeniem oka

Mój zdrajca nie był nawet na tyle ostrożny, żeby drugi numer skołować, choć widziałam wiadomości od koczkodana, że mu zaraz po dniu 0 proponowała takie rozwiązanie. Za to był na tyle ostrożny, żeby wyczyścić smsy w telefonie i usunąć wiadomości z komunikatora. Na tyle skutecznie (format telefonu) żeby nie dało się ich odzyskać bez wydawania niemałych pieniędzy na specjalistów odzyskujących dane. Jak się zapewne domyślasz, nie zamierzałam w to inwestować, czy jak wtedy stwierdziłam w duchu, wyrzucać pieniędzy w błoto. Szczególnie, że to nie ja tego błota narobiłam. Zapomniał o mailu, Facebooku i rejestrze powiadomień. Nie wiem z niego co dokładnie pisali, ale wiem ile tego było.

Szczęście w nieszczęściu, że nie mamy dzieci, które musiałyby uczestniczyć w czymś takim a z rodziny nikt się nie dowiedział. Podałam tylko suchą informację, że mamy kryzys małżeński, z którym aktualnie walczymy. Prawdę mówiąc mam jakąś blokadę i nie potrafię nikomu znajomemu powiedzieć, że zostałam zdradzona. Składa się na to kilka rzeczy. Jest w tym strach przed oceną otoczenia, która może być dla mnie krzywdząca. Ktoś się może być złośliwy i powiedzieć "Z takim charakterem to ja się nie dziwię, że mąż z tobą nie mógł wytrzymać i poszedł do innej", albo pełne pogardy: "Ciekawe czym go zmusiłaś, żeby został." Jest też obawa, że będą drążyć temat i wypytywać, a ja tak naprawdę nie mam za wielkiej ochoty się tłumaczyć dlaczego od razu nie kopnęłam go w d** jak słyszę często w moim otoczeniu. Te szumne zapowiedzi, że "gdyby mnie to spotkało to wywaliłabym za drzwi w samych gaciach" i tak dalej. Ja znam to miejsce, z jakiego mówią. Byłam tam. Byłam pewna, że mój mąż nigdy by czegoś takiego nie zrobił i byłam pewna, że jestem bardziej twarda i bezkompromisowa. A dodatkowo jest w tym wszystkim ciągle to uczucie, które mi towarzyszy od samego początku, czyli dopóki nikt o tym nie wie, to nie jest rzeczywistość. Nie wiem jakiego innego słowa użyć zamiast "rzeczywistość" bo chodzi mi nie o moją wewnętrzną, osobistą rzeczywistość oraz tą dotyczącą naszego małżeństwa ale bardziej o zewnętrzną rzeczywistość, o świat dookoła. Tak, jakby poinformowanie otoczenia o wszystkim było czymś w rodzaju przyznania się do kompletnej porażki. Mojej. Chwaliłam męża w pracy, do rodziny, wszędzie i teraz co? Dopiero jak wszystko gruchnęło dotarły do mnie wszystkie wcześniejsze, oczywiste sygnały zdrady. Ciężko się przed samą sobą przyznać, że byłam tak głupia, tak naiwna i tak ufna. Jeszcze ciężej się przyznać, że zrobiłam taki potworny błąd w wyborze osoby, w której ręce złożyłam swoje uczucia i swoje bezpieczeństwo. Można powiedzieć, że dałam klucze do wszystkich zamków tylko jednemu człowiekowi, ale przez dwa lata wmawiałam sobie, że kosztowności wynosi ktoś inny.

Chyba trudno mi się przyznać zwyczajnie do błędu bo dodatkowo mam teraz (uzasadniony mocnym przykładem) brak zaufania do własnej umiejętności oceny czegokolwiek. W tym do oceny, czy w ogóle warto to ratować, czy sobie z tym poradzę, czy to co robi mój mąż aktualnie nie jest tylko chwilowym wykwitem wyrzutów sumienia i czy naprawdę do niego dotarło cokolwiek, czy nadal nie kręci na boku i tak dalej. Nie wierzę sama sobie. Mam do siebie pretensje. Zgubiłam to, na czym opierałam się całe życie - że może nie jestem najpiękniejsza na świecie, ale przynajmniej choć trochę myślę i moja głowa, to co w niej jest, to moja "sekretna supermoc" Szeroki uśmiech . Teraz widzę, że w mojej głowie jest sieczka wymieszana z gównem, za przeproszeniem, jeszcze do tego słabo wymieszana.
15380
<
#13 | Tomek040184 dnia 16.06.2022 10:44
Kaniu niestety nikt nie jest idealny i mechanizmy zdrady działają zawsze tak samo. Też chciałbym mieć umiejętność szybkiego odcięcia się emocjonalnego od tego wszystkiego. Chociaż wydaje mi się że u ciebie etap żałoby trwa, u mnie już za, bo teraz życie normalnie. Dobrze sobie organizuje czas wolny Pokazuje językraca, hobby, dzieciaki, remont domu na wsi, itd.
Według mnie jesteś uzależniona od twojego "lubego" chociaż racjonalnie myślisz i jesteś ogarnięta życiowo jak widać po tym co piszesz. Wiadomo że ludzie zawsze będą oceniali chociaż nie obawiam się tego bo z racji charakteru i wieku nikomu nie muszę się tłumaczyć i usprawiedliwiać.
Mi nawet moja ex proponuje żebyśmy zeszli się znowu Uśmiech. Koń by się uśmiał, bo pod koniec czerwca z gachem jedzie na, wakacje rodzinne bo jedzie jej mama, siostra oraz siostra gacha wraz z mężem i dzieckiem. Istna familiada. Według mnie zrobiła też bilans strat i zysków i pomimo moich wad są też zalety. Za pewne żal jej bo wyremontowałem dom letniskowy na wsi w urokliwym miejscu. W tym roku skończyłem łazienkę i szambo nowe. Ogródek miała, sad, róże, kwiaty, tuje, grill z kamienia, dzieci domek z drewna i sporo kolegów. Więc nie dziwię się jej że teraz jej tego brakuje. Z dzieciakami tam jeżdżę gdyż tam wszyscy się znają i one same latają po wsi bo nie ma tam ruchliwej drogi, więcej traktorów Uśmiech.
Dlatego u ciebie duży plus bo dzieciaków nie ma. Chociaż za pewne jako kobieta chciałabyś pociechę. Swoją drogą to niezły z niego bajerant skoro namówił cię do życia bez, dzieci. Według mnie to kłamca i narcyz, ma sieczkę w głowie. Ty swoją sieczka nie przejmuj się, bo też ją miałem. To są etapy zdrady. Jak już ustabilizujesz emocje poprzez zajęcie się swoimi potrzebami to będziesz z tego się śmiała Uśmiech. Także bądź cierpliwa.
14578
<
#14 | aster dnia 16.06.2022 12:01

Cytat

Chyba trudno mi się przyznać zwyczajnie do błędu bo dodatkowo mam teraz (uzasadniony mocnym przykładem) brak zaufania do własnej umiejętności oceny czegokolwiek

tylko, że to Twój żaden błąd. Przysięgę małżeńską daliście sobie oboje, mieliście do siebie wielki kredyt zaufania, on spier...lił to zwyczajnie. Dbałaś o małżeństwo jak potrafiłaś, ułożyłaś sobie tam swój świat, pomijając w tym świecie siebie co podyktowane było pewnie ogólnymi stereotypami ale czułaś się bezpiecznie. Stanęłaś właśnie pod ścianą bo ten świat runął i Twoje bezpieczeństwo zostało poważnie zagrożone... co dalej?
Na tę chwilę trzeba uspokoić emocje, bo są kiepskim doradcą. Nic nie musisz teraz robić dla innych tylko dla siebie rób...masz prawo! Nie musisz podejmować żadnych wiążących decyzji, to niewskazane. Masz prawo do tych emocji, które Tobą w tej chwili owładnęły, masz prawo wejść w rolę ofiary (oby nie za długo), pozwól przejść temu bólowi przez siebie (tylko nie zamykaj się w nim). Ochłoń... i daj sobie na wszystko czas. Później zaczniesz odnajdywać siebie... ale to później. W tej chwili jest tu i teraz
15444
<
#15 | Kania dnia 16.06.2022 12:18
Może dopiero teraz Twoja ex Tomku zaczyna bilansować zyski i straty. Po "motylkach" podobno przychodzi faza otrzeźwienia i mgła się rozprasza a tam widać jak wspaniałe widoki są za urwiskiem. Tu się stoi na gołym kamieniu a tam został pałac i wielkie ogrody tworzone latami. Niestety już nieosiągalne, bo most, po którym się biegło na drugą stronę, tak zachwycająco rozbujany w różowych chmurach, własnoręcznie puściło się z dymem.

Wiesz, nie określiłabym męża jako "bajeranta", bo to nie ten typ, ale teraz to już nie jestem taka pewna jaki to jest typ. W czasie naszego małżeństwa od początku był bardzo na "nie" względem dzieci a ja jestem z kolei takim typem, co się zgodzi na duże ustępstwa w imię czegoś, co uważa za ważniejsze. No i tak to wyszło. Z jednej strony żałuję, z drugiej uważam, że brak to jednak plus w sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Mam przynajmniej spokojną głowę, że mogę w każdej chwili po prostu walnąć to wszystko i "wyjechać w Bieszczady" bez żadnych obciążeń. Ja sobie sama poradzę w życiu bez większego wysiłku. Mam pracę, mam gdzie mieszkać, jestem prawdę mówiąc samowystarczalna i to mi daje dużą dawkę siły w tym całym ambarasie. Od strony finansowo-organizacyjnej mąż mi nie jest prawdę mówiąc potrzebny. Co innego od strony emocjonalnej, ale nad tym póki co pracuję jak umiem najlepiej. Dzięki Ci za słowa otuchy, że jestem ogarnięta życiowo. Niby człowiek sam podejrzewa, ale jak usłyszy od kogoś, to się jednak upewnia i lepiej utrwala Z przymrużeniem oka

Pewnie masz rację, że jestem jeszcze w fazie żałoby i prawdę mówiąc trochę zazdroszczę czytając osoby, które są już po. Czasami się śmieję sama z siebie i swoich pomysłów, ale to bardziej śmiech zgrozy i czarny humor niż faktyczny powód do radości. Byłoby fajnie już przestać mieć te dołki i napady wściekłości. Mam wrażenie, że działam fazowo z jednym stałym układem - jak się zaczynam wściekać na to, co się wydarzyło, ciskać i rzucać klątwy to w którymś momencie mnie ta złość przerasta i zaczynam rozpaczać. Nie wiem czy dobrze kombinuję, że nie umiem jej prawidłowo przepracować i się wyżyć w inny sposób niż łzy. Może trzeba kupić rękawice bokserskie i worek albo zatrudnić się do wyburzania domów jako "młotkowy"? Szeroki uśmiech

Komentarz doklejony:
aster To właśnie robię. Żadnych wiążących decyzji. Prawdę mówiąc nawet nie wiedziałabym jakie podjąć, bo w zależności od dnia i momentu są kompletnie różne. Raz chcę żeby to wszystko zniknęło i najlepiej jakbym doznała amnezji, innym razem chcę ratować małżeństwo bo widzę zalety męża a jeszcze innym nienawidzę go po całości i niechby go nawet szlag jasny trafił, to łzy nie uronię. I tak dalej i tym podobne. Dlatego nawet nie próbuję niczego zadecydować a na pytania męża czy chcę próbować naprawiać czasem nawet nie jestem w stanie odpowiedzieć i tylko mnie denerwuje. Wyrzucam mu wtedy, że pewnie by chciał już mieć to za sobą bo "on zamknął ten rozdział, to przeszłość" a dla mnie to jednak nadal teraźniejszość. Rozumiem pojęcie czasu jako takiego, wiem na czym polega, ale nie współgra to z moimi odczuciami. On z tego wyszedł a ja w tym nadal siedzę, bo on brał w tym udział wtedy, a ja dopiero biorę. Nie na własne życzenie więc niech się teraz odczepi.

Dlatego czekam, aż przestanę emocjonalnie "brać w tym udział". Chwilami mam wrażenie, że przechodzi, ale już wiem, że to tylko zmyłka i nie daję się nabrać. Po prostu się cieszę jak nic się złego nie dzieje ze mną, a jak się dzieje to staram się też nie przejmować (co jest trudne).

Malutkim zwycięstwem nazywam możliwość podjęcia decyzji o nie grzebaniu już za "dowodami".
14400
<
#16 | vieviorka dnia 21.06.2022 23:44

Cytat

On z tego wyszedł a ja w tym nadal siedzę, bo on brał w tym udział wtedy, a ja dopiero biorę. Nie na własne życzenie więc niech się teraz odczepi.


Kania, to ja Cię trochę dobiję, ale nie będzie lepiej. Żadna ze mnie wprawdzie specjalistka, po prostu to przeżyłam, ponad 4 lata minęły i czuję to tak, że im bardziej on ma to za sobą, tym bardziej ja nie mam. Im dalej w las, tym bardziej ponuro jednak. W pewnym momencie wydaje się człowiekowi, że już to sobie wytłumaczył, już się z tym pogodził, ale to nic bardziej mylnego. To siedzi i coraz bardziej doskwiera. Śmiem twierdzić, że jesteś teraz na etapie "mam go w garści, teraz to ja dyktuję warunki, goń mnie, ja trochę pouciekam". On teraz zrobi wszystko, czego sobie zażyczysz. I czego nawet sobie nie życzysz, ale co wg niego przyniesie Ci ulgę (jesteś i tak w dość dobrej sytuacji, że on myśli i stara się coś jednak robić). Ale kiedyś wrócicie do normalności. A jednak wtedy dopiero przychodzą straszne myśli. Teraz na lekkim haju jednak jesteś jeszcze. Ciężko to dopiero będzie. Choć wydajesz się bardzo silna, niezależna, to dobrze. Ale kurcze, aż dziwne, że aż tak popłynęłaś w tym Waszym małżeństwie dbając o szczęście szanownego małżonka. Przecież Ty całkowicie zrezygnowałaś z siebie.
13728
<
#17 | poczciwy dnia 22.06.2022 09:22
vieviorka,

Cytat

On teraz zrobi wszystko, czego sobie zażyczysz. I czego nawet sobie nie życzysz, ale co wg niego przyniesie Ci ulgę (jesteś i tak w dość dobrej sytuacji, że on myśli i stara się coś jednak robić)

Myślisz, że jemu chodzi o dobro autorki? Klasycznie nie chodzi o ulgę dla zdradzonej, ale o ulgę dla kata; wg niego to on teraz przeżywa katorgę i faktycznie zrobi wszystko żeby utrzymać stan posiadania i status quo bo grunt pod nogami się osuwa; w 90% nie chodzi o stan emocjonalny zdradzonej; to nic innego jak ich zwyczajny egoizm.
14578
<
#18 | aster dnia 22.06.2022 10:03

Cytat

Myślisz, że jemu chodzi o dobro autorki? Klasycznie nie chodzi o ulgę dla zdradzonej, ale o ulgę dla kata

i im szybciej autorka zaakceptuje taki stan rzeczy tym nada odpowiedni kierunek swojemu życiu.

Cytat

im bardziej on ma to za sobą, tym bardziej ja nie mam
.
dlatego potrzeba zmiany myślenia, odmiany swojego życia i relacji ze zdrajcą (nie znaczy, że na gorsze), i nie ma powrotu do zeszłego życia. Nie ma. On musi ponieść konsekwencje swoich czynów, inaczej nic nie zrozumie.
14400
<
#19 | vieviorka dnia 22.06.2022 11:02

Cytat

Myślisz, że jemu chodzi o dobro autorki? Klasycznie nie chodzi o ulgę dla zdradzonej, ale o ulgę dla kata; wg niego to on teraz przeżywa katorgę i faktycznie zrobi wszystko żeby utrzymać stan posiadania i status quo bo grunt pod nogami się osuwa; w 90% nie chodzi o stan emocjonalny zdradzonej; to nic innego jak ich zwyczajny egoizm.


Oj nie nie, absolutnie, faktycznie to dość ważne, by dodać, że to czysty egoizm. Tak, jak nie myślał o autorce zdradzając, tak teraz dba o własny tyłek, to oczywiste. I aster poruszyła jeszcze jedną niezwykle ważną kwestię. Konsekwencje. Kania to musi się stać. Ja zaczęłam terapię 4 lata po. Najzwyczajniej w świecie nie wytrzymałam jednak. I mam za sobą rozmowy z 3 terapeutami (poszukując tego właściwego zaliczyłam trzech) i każdy zadał mi na pierwszym spotkaniu pytanie "jaką karę poniósł pani mąż" lub "jakie konsekwencje". Jak zwał tak zwał, ja zawsze z tyłu głowy miałam "cholera, pomilczałam, pocierpiałam, powrzeszczałam i tyle". Jako osoba, która została, która w tym tkwi (tak, ja tkwię w tym związku, nie jestem w nim, nie tworzę go, a tkwię, bo wydawało mi się, że się udało, że skoro mój mąż taki fantastyczny się stał, to dam radę i warto, a teraz nie wiem, jak się z tego wyplątać), wszystkim, których coś takiego spotkało, będę trąbić: uciekaj. Uciekaj choć na chwilę, daj sobie czas, ale czas ten spędź odseparowana/odseparowany. To powinna być taka pierwsza konsekwencja. Ta relacja faktycznie umarła, nie ma jej. Uwierz mi, że za rok, dwa, trzy, będziesz budziła się z potwornym bólem. Z myślą, że jesteś skończoną idiotką. Budzisz się i leżysz obok człowieka, który kiedyś Cię skrzywdził. Zdradził, odkryłaś (przypadkiem, to też doskwiera, romans zakończył się nie dlatego, że Cię kochał i wyrzuty sumienia nie pozwalały mu tego ciągnąć, przerwałaś mu to), popłakałaś, tyle. Twój mąż miał długi, regularny romans, przez dwa lata nie istniałaś, ważna była dla niego inna kobieta. To o niej myślał otwierając oczy, to ją starał się zadowolić, to ona siedziała mu w głowie, to jej pragnął. Nie wytrzymasz tego raczej. Za chwilę Twoje poczucie własnej wartości poleci w dół, z hukiem. Nastąpi kryzys, który trudno znieść, a on będzie obok, ale będzie chciał mieć raczej święty spokój, bo przecież ma to za sobą. Będzie po prostu żył dalej, z Tobą, pracując może nad sobą (w końcu przecież przestanie), ale jednak tego tematu to on za chwilkę już nie będzie chciał nawet poruszać. A Ty nie przestaniesz się nim zajmować jeszcze długo, Ty nigdy nie będziesz tego miała za sobą. Nie zapomnisz. Ja nie namawiam do rozwodu, nie twierdzę, że Wam się nie uda, tego nikt nie wie. Ale z całego serca namawiam do wystawienia walizek, tudzież spakowania swoich. Wg mnie zdrajca powinien stracić partnera po zdradzie. Nie chodzi oczywiście o to, by zrobić to na pokaz, zrób to dla siebie.
A tak w ogóle Kania, jak Wy teraz żyjecie, po pół roku? W sensie, jako para? Bo chyba nie wyłuskałam tego. Śpicie razem, jest jakaś bliskość, seks?
15411
<
#20 | naspokojnie dnia 22.06.2022 20:16
offtopic
@zwyklyfacet
Masz zapchaną skrzynkę pocztową
15444
<
#21 | Kania dnia 11.07.2022 11:43
Przepraszam, długo nie pisałam, bo wiele się działo w mojej głowie i dookoła mnie. Tak wiele, że nie miałam już kompletnie siły na cokolwiek innego. Teraz trochę "zluzowało" i po prostu czuję się na tyle pewniej, żeby móc określić choć w części, co się właściwie wydarzyło.

Zarówno aster jak i poczciwy ale też vieviorka macie dużo racji. Może i zrobiłam błąd nie wywalając go za drzwi, ale z drugiej strony mam wrażenie, że zrobiłam dokładnie to, czego potrzebowałam. Pozbycie się zdrajcy było pierwszym odruchem, pamiętam jak mu wykrzyczałam, że ma "wypierdalać". Potem jednak przyszła inna myśl - jeśli go wyrzucę, to nie będę mogła z niego zrobić miazgi. Może nie dosłownie w tym kontekście, ale była to chęć odwetu, wykrzyczenia emocji razem z obawą, że ograniczę w ten sposób swoją wiedzę na temat tego, co się właściwie stało. Mój umysł domagał się walki oraz informacji. Żeby coś móc ocenić i "pokonać" muszę to przeanalizować, zrozumieć, pojąć skalę zniszczeń. Dopiero gdy wiem jak głęboka jest rana, jestem w stanie podjąć decyzję czy szyć, kleić plasterek czy odcinać do końca. A potem, mimo że przynosiło mi to koszmarne dawki bólu, zwątpienia i czarnej rozpaczy, wydusiłam wszystko co tylko dało się wydusić. I gdy czułam, że ugrzęzłam, przyszłam tu na forum.

To była jedna z lepszych decyzji. Dzięki niej, a właściwie dzięki waszym podpowiedziom, zdecydowałam się na nabranie dystansu. Koniec kanapeczek, koniec myślenia o tym jak się on czuje i że w sumie nawet mi go momentami szkoda. Przestałam dopytywać, przestałam robić te cholerne kanapki, przestałam zajmować się mieszkaniem, obiadami w ogóle cokolwiek. Robiłam tylko to, na co sama miałam ochotę i co mi było akurat potrzebne. To był dziwny stan. Powiem szczerze, że czułam się naprawdę nietypowo jak na mnie. Byłam spokojna, przestałam się szarpać wewnętrznie, ale też z drugiej strony nie czułam kompletnie nic. To była martwota, pustka. Kojąca, ale w jakiś sposób zaczęła mnie z czasem martwić. Jakby mi się przepalił jakiś bezpiecznik w głowie i emocje zostały wyłączone. Szczególnie te względem męża. Nie kochałam go ani go nie nienawidziłam - był mi zupełnie obojętny. Powiem szczerze, że to był wspaniały odpoczynek, który może i trochę straszny, ale chyba był potrzebny.

Dzięki niemu przemyślałam sprawy nieco bardziej na "zimno". Rozważyłam całą sytuację i swój w niej udział, zastanowiłam się co właściwie czuję i czułam. Trwało to dość długo, ile dni, nie wiem. Wiem tylko, że o 22:40, 21 czerwca 2022 roku, leżąc w łóżku obok zdrajcy doznałam czegoś w rodzaju olśnienia. Nie potrafię tego inaczej nazwać.

Dotarło do mnie coś banalnego, ale wcale nie takiego prostego w sytuacji osoby zdradzonej: Otóż zrozumiałam, że JA JESTEM W PORZĄDKU. Jestem ok. Nie jestem niczemu winna.

W tym jednym zdaniu zawarło się wszystko naraz.

W czasie małżeństwa zrobiłam wszystko co można, by było dobre. Obdarowywałam je swoją energią i uwagą opierając się na ówczesnej wiedzy i doświadczeniu. Włożyłam w nie całe swoje serce i umiejętności a działania jakie podejmowałam i ustępstwa jakie brałam na siebie wynikały z miłości, z dbałości o męża i o związek, z chęci by mu było jak najlepiej. I nie, nie zrobiłam nic złego. Nie zrobiłam za mało. Nie zrobiłam nic, czym bym na zdradę zasłużyła i tak naprawdę nie ma w tym żadnej mojej winy. A wszystkie te złe myśli, obwinianie się, trudne emocje i koszmar jaki przeżyłam to efekt zderzenia z prawdą, która była przede mną ukrywana. Nie straciłam dobrego, kochającego męża - ja go po prostu nie miałam. Nie zmarnowałam szesnastu lat małżeństwa na starania - ja mam za sobą 16 lat całkiem udanego związku. Z mojej strony był ok, może nie idealny, ale w porządku a czuję tak, bo działałam w nim zgodnie ze swoją naturą i uczuciami. To moje konto, które jest pełne doświadczeń i dobrych wspomnień.

Wniosek drugi. Ludzie często zarzucają zdradzonym, że nie da się nie zauważyć oznak zdrady. To prawda. Nie da się ich nie zauważyć, ale problem nie tkwi w zauważaniu tylko w interpretacji tego, co się widzi. Jeśli się kogoś kocha i mu ufa, nie uwierzy się, aż do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, że osoba darzona największym z możliwych zaufaniem, robi nam krzywdę. Każde odstępstwo od normy tłumaczy się prozaicznymi przyczynami.

Dlatego zdradzani tak często nie przeczuwają koszmaru jaki ich spotka do samego końca. Pierwsze bolesne przeczucie miałam dopiero pod koniec, w czasie wspólnej wycieczki. W czasie gdy sprawy jego romansu zagalopowały dość daleko. Obudziły je we mnie słowa wygłoszone przez męża samochodzie : rPo co myśmy w ogóle brali ślubr1;. Nie zostały wypowiedziane jak pytanie czy w toku sprzeczki tylko jako nagły wyrzut. Pretensja zupełnie z czapy. Żadna żona nie chce słyszeć takich słów. Potem próbował się z tego tłumaczyć, wykręcić, że niby chodzi mu o ówczesne naciski teściów, ale ton i sposób w jaki to mówił nie dał się już zamaskować wykrętami. Cokolwiek myślał wtedy, wymsknęła mu się prawda. To, że mieliśmy ślub, było dla niego kłopotem na tamten moment, bo jak ślub to rozwód a jak rozwód to problemy. W dodatku konkordatowy więc kościelnego drugi raz już nie weźmie. W nocy miałam sen o porzuceniu, obudziłam się z płaczem. Już wtedy mógł widzieć jaki to będzie dla mnie ból, ale czułam i widziałam, że miał to gdzieś. Niby pogłaskał i zapewnił, że to tylko sen. A potem poszedł potem dzwonić do kochanki. Billingi były równie bezlitosne co on. Nie było w tym ani krztyny miłości i mam wrażenie, że gdyby ta nieszczęsna kobieta zostawiła męża, to on zostawiłby mnie. Twierdzi, że nigdy nie było takiej opcji, ale jestem pewna, że miał chwile, w których marzyło mu się takie rozwiązanie.

I gdy się nad tym zastanawiałam na chłodno, dotarło do mnie jeszcze jedno. Nawet gdybym zrobiła więcej, to nie da się zmusić nikogo żeby cię kochał, żeby cię szanował, żeby myślał o twoim dobru, walczył o ciebie. Choćbym na rzęsach stawała, nie zmieniłabym niczego, bo problem z brakiem miłości nie był mój. To nie ja przestałam kochać, to nie ja przestałam dbać, to nie ja porzuciłam męża, choć zgodnie z tym co mówi, czuł się niekochany i niepotrzebny. To on się czuł. Z czego wynikały jego odczucia musi dojść sam, bo jak się okazało mam bardzo mocne podstawy, a nawet dowody na to, że z mojej strony nie nastąpił spadek zainteresowania. Przeciwnie. Robiłam nawet więcej niż zwykle, by czuł się dla mnie najważniejszy. Nie tylko od strony emocjonalnej, ale też materialnej czy prawnej. Dbałam o niego i o nas do samego końca. Do ostatniego dnia. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

Wniosek trzeci. Jedyną osobą, która straciła coś wartościowego, paradoksalnie (bo wcześniej myślałam zupełnie odwrotnie) jest mój mąż. Stracił mnie. Moje zaufanie. Szczerość i czystość moich uczuć. Stracił jedyną osobę, która go tak naprawdę kochała. Stracił związek, który był nienajgorszy a po korektach mógł być jeszcze lepszy. Cała strata jest po stronie męża, bo to on swoim działaniem wszystko rozpieprzył. Ja niczego nie straciłam. Dowiedziałam się tylko prawdy na temat człowieka, którego jak się okazało, nie znam.

Co powyższe zmienia w kwestii bycia zdradzoną? Otóż zmienia WSZYSTKO. Nie mam już do siebie pretensji. Nie szukam przyczyny. Ja ją znam i wiem, że nie miałam na nią wpływu. Bo nie na wszystko w życiu mam wpływ i nie nad wszystkim mam kontrolę. Mogę się starać i zabiegać o coś. Wkładać w coś dużo czasu i energii, ale na pozytywne efekty, mogę mieć co najwyżej nadzieję, bo zawsze może stać się coś, czego nie przewidziałam i przewidzieć nie mogłam. Bez względu na wynik nawet ze zdrady zostają mi dwie pozytywne rzeczy. Pierwsza, to że podjęłam dzieło żony i zrobiłam dobrą robotę, więc mogę być z siebie dumna. Druga, że lepiej próbować i przegrać niż żałować, że się nie próbowało - zawsze jakieś fajne rzeczy wychodzą po drodze.

I wierzcie lub nie, przestałam się czuć winna. Wybaczyłam sobie. Poczułam ogromną ulgę, prawie że euforię. Znowu mogłam oddychać. Może brzmi banalnie, ale w rzeczywistości tak to wygląda, jest lżej.

A mąż? Niech robi co chce. Przestał być moim "problemem" i stał się swoim własnym. Gdy coś próbował brzęczeć, to mu wprost powiedziałam, że go absolutnie nie zatrzymuję, małżeństwo zakończył, jest wolnym człowiekiem a ja go nie potrzebuję do szczęścia. Sama sobie poradzę równie dobrze a może nawet lepiej. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić. Skończyło się.

Może niektórzy potrzebują do tego wyprowadzki (rozstania) na jakiś czas, ale jak widać nie każdy. Ja potrafiłam się "wyprowadzić" emocjonalnie bez angażowania w to walizki. Może nie jestem fanką metody 34 kroków, ale niektóre z nich na pewno warto zastosować. A dokładnie jeden - przestać się czuć odpowiedzialną za to, że ktoś mnie skrzywdził. Odciąć się od czyjejś winy. To jego błąd, jego problem, niech on myśli jak błąd naprawić a ja skupię się na sobie.

Z tej perspektywy vieviorka mogę ci śmiało powiedzieć, że karą dla mojego zdrajcy stał się on sam a katem w dużej mierze ja, odrzucająca jakąkolwiek odpowiedzialność za jego błąd. Niczego nie musisz naprawiać. Poprzednie małżeństwo było niewypałem a on był w nim biorcą, egoistą i zachowywał się jak rozwydrzony bachor z humorami. Więc on był też niewypałem. Stracił mnie. Dotarło to do mnie, poinformowałam go o tym. Od tego momentu wyrzuty sumienia, żal za poprzednim związkiem i poczucie porażki żrą tylko jego. To on ma się ze sobą uporać. Poszedł na indywidualną terapię, żeby dotrzeć do sedna swojego problemu. Nie mojego, nie naszego. Jego problemu. Bo to oni mają ze sobą problem vieviorka, zdrajcy, nie my. Oni są naszym jedynym problemem i jeśli chcą z nami zostać, to muszą się sami naprawić. A my, kochana vieviorko, musimy przestać się tym przejmować. Dlatego dobrze, że poszłaś na terapię bo mam wrażenie, że nie wybaczyłaś sobie ani tego, że on zdradził, ani tego, że z nim potem zostałaś. Masz poczucie niewyrównanych rachunków, wierz mi, ja też mam je nadal, uważam, że jeszcze ich nie wyrównałam, ale daję sobie czas i chcę je wyrównać nie tak, żeby komuś było źle, choć to było satysfakcjonujące patrzeć, jak się mąż wije, tylko żeby mi było dobrze. Jego święty spokój cię drażni? To mu go zburz, obwiń w 100% i przestań go słuchać. To, że jest obok niczego nie przesądza, bo Twoja walka odbywa się w Tobie. W środku. To tam zachodzi zmiana. Wierz mi, że jest nadzieja na zwycięstwo. Nie wybaczaj mu, nie musisz, miej go w nosie. Sobie wybacz.

Jak żyjemy teraz? Lepiej. W moim odczuciu naprawdę lepiej, choć zdrada siedzi mocno w tle. Pozwalam jej na to tak długo, jak będę jej potrzebowała. Może już nigdy nie wybaczę, ale dla mnie najważniejsze było, że wybaczyłam sobie i może przez to jest, w porównaniu do poprzedniego związku, lepiej. Jest wiele składowych. Na przykład jeśli robię posiłek to nie dlatego, żeby on coś zjadł tylko dlatego, że ja sama jestem głodna. Jeśli zjadamy go wspólnie to nie dlatego, żeby budować jakieś więzi, pieprzyć więzi, ważne czy ja mam chęć na towarzystwo i pochwałę, że było smaczne. Chcę iść sama na zakupy i przymierzać kiecki dwie godziny to idę i przymierzam. Jeśli nie mam ochoty na spacer to mówię, że nie mam ochoty a nie, że idę bo on musi się odstresować czy cokolwiek. I tym podobne drobiazgi, których nieobecność wcześniej uznawałam za normę "w związku". Początkowo tamten związek idealizowałam, teraz widzę, że to był wynik mojego zaangażowania i ogromu energii jaką we wszystko władowałam a nie tego, że ten czas był naprawdę taki super. Był, bo ja go czyniłam fajnym. Więc to ja w tym wszystkim byłam fajna a nie mąż czy miejsce. Miejsce nie miało żadnego znaczenia a mąż niewielkie, bo się słabo "dokładał". Teraz natomiast dokłada się o wiele bardziej bo wie, że już nie ustąpię, nie "podłożę się" i nie zrobię tak, żeby było jemu fajnie. Musi zadbać o swoją część z dużo większym zaangażowaniem i nagle się okazało, że nie tylko potrafi, ale też bardzo chce.

Jeśli chodzi o sprawy łóżkowe to u nas dynamika była dość dziwna, bo przez cały czas jego zdrady mieliśmy całkiem udane pożycie. Generalnie nie było zaniku seksu w czasie gdy romans trwał i co ciekawe, po samej zdradzie seks również nie zanikł. Z pewnym wyjątkiem. Pocałunki przepadły. Trzeba było sporo czasu zanim w ogóle zechciałam spróbować. Musiałam się upewnić, że przynajmniej tysiąc razy umył zęby, wypłukał usta i w ogóle najlepiej jakby cały swój durny łeb w spirytusie wymoczył. Nie mam pojęcia dlaczego to było dla mnie takie ważne. Może mam jakieś twarde połączenie między pocałunkiem a strefą emocjonalną, natomiast to, że wetknął gdzieś penisa już mnie jakoś mniej obchodziło. Może też dlatego, że moja wiedza podpowiadała mi, że wymiana komórek naskórka przebiega dość szybko i w ciągu 2-4 tygodni mamy już zupełnie nowy, natomiast organy wewnętrzne (w tym jamą ustna) wymieniają komórki trochę wolniej. Po prostu potrzebowałam czasu, żeby nie zostało nic, co miało choćby śladowy kontakt z tą nieszczęsną kobietą. Dlatego musiał wcześniej wyrzucić właściwie wszystkie ubrania, pozbyć się telefonu i prać tapicerkę w samochodzie a podarki jakie od niej dostał zniszczyłam i spaliłam. Można powiedzieć, że musiał się dokonać swoisty rytuał oczyszczenia.

Spaliśmy więc razem, śpimy nadal. Seks wcale nie oznacza dla mnie jakiejś szczególnej bliskości choć jest jej elementem. Uzupełnia emocje, ale funkcjonuje też bez nich, dlatego może potraktowałam go jako narzędzie niosące ulgę gdy bliskość była tak czy siak w rozsypce. Obecnie również w tej strefie zaczyna dochodzić do zmian. Komunikacja jest na pewno dużo lepsza. Jest więcej pocałunków i przytulania. Generalnie rozpracowuję temat na nowo. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć czy jest lepiej, ale na pewno jest inaczej.

Więc powiem ci tak. Jeśli masz ochotę na seks, to go miej, twoje święte prawo. Jeśli nie masz ochoty na seks, to się nie zmuszaj, twoje święte prawo. A jeśli ulegniesz potrzebom własnego ciała, to się nie obwiniaj, bo za zjedzenie czegoś, co ci smakuje przecież się nie obwiniasz, ani za sen, ani za oddychanie. Jedyne co mogę zasugerować, to miej w nosie czy mąż się czuje z tym dobrze, źle czy jakkolwiek bo z własnej obserwacji wiem, że to wywołuje największe wrażenie niesprawiedliwości. Nic mnie tak nie wpieniało jak myśl, że ja się męczę a jemu się właściwie "upiekło". Marzysz o wystawieniu walizek, bo to w głębi duszy wierzysz, że to mogłoby takie rachunki wyrównać. Porzucenie, za porzucenie. Tymczasem czasu nie cofniesz, teraz wyglądałoby to w twoim odczuciu niepoważnie i tak dalej. Więc jest poczucie winy, że zrobiłaś błąd. Wyrzuć je. Nie zrobiłaś błędu. Zrobiłaś to, na co byłaś w tamtym czasie gotowa. Nie ma czegoś takiego jak złe czy dobre decyzje. Są tylko takie, jakie jesteś w stanie podjąć w pewnym momencie życia i takie, których podjąć nie dasz rady. Ale czas mija, wiedza przychodzi i decyzję można wtedy zmienić. Lub zostawić. Najważniejsze, to przestać się tym biczować.
13728
<
#22 | poczciwy dnia 11.07.2022 16:37

Cytat

Wniosek drugi. Ludzie często zarzucają zdradzonym, że nie da się nie zauważyć oznak zdrady. To prawda. Nie da się ich nie zauważyć, ale problem nie tkwi w zauważaniu tylko w interpretacji tego, co się widzi.

Bardzo często to wynika z bojaźliwości; nie jesteśmy gotowi na to co możemy usłyszeć, zobaczyć, to mogłoby nas wręcz zabić; więc wygodniej jest udawać, że czegoś się nie dostrzega lub zgrabnie to wypierać; to nic innego jak lęk przed konfrontacją z rzeczywistością i faktami; wolimy żyć złudzeniami bo tak jest wygodniej; taka natura ludzka; lepsze złe, ale znane niż nieznane;
To tyczy każdej dziedziny życia; nie tylko relacji interpersonalnych, ale również zmiany pracy, miejsca zamieszkania itd.

Ta zmiana jaka dokonuje się właśnie w Tobie to początek; nie wiesz co będzie za rok, dwa, nikt tego nie wie, ale najważniejsze, że zmieniłaś priorytety; postawiłaś w końcu na siebie; ustawiłaś wyraźną granicę; nie pozwalasz się ranić i krzywdzić; nie uzależniasz swojego szczęścia od niego i od kogokolwiek; masz świadomość, że za swoje szczęście jedynie odpowiedzialna jesteś Ty sama; znasz swoją wartość i to sprawia, że nawet jakby wokół Ciebie zgromadziło się stado dupków Ty już sobie poradzisz; podążaj zatem dalej tą drogą, która obrałaś;
15444
<
#23 | Kania dnia 13.07.2022 17:15

Cytat

Bardzo często to wynika z bojaźliwości; nie jesteśmy gotowi na to co możemy usłyszeć, zobaczyć, to mogłoby nas wręcz zabić; więc wygodniej jest udawać, że czegoś się nie dostrzega lub zgrabnie to wypierać; to nic innego jak lęk przed konfrontacją z rzeczywistością i faktami; wolimy żyć złudzeniami bo tak jest wygodniej; taka natura ludzka; lepsze złe, ale znane niż nieznane;


Przemyślałam to wielokrotnie poczciwy jeszcze na etapie obwiniania się za to, że "nie zauważyłam". Przywołałam wszystkie wspomnienia, które pamiętam jako budzące moją zazdrość albo podejrzenia. Nie było tego dużo. Zastanowiłam się z uwagą, co dokładnie wtedy czułam i jak na to zareagowałam. Dzięki temu wiem jedno. To nie była kwestia strachu. To był kompletny brak wiary w możliwość zaistnienia takiej sytuacji - byłam w stu procentach pewna, że to nie ten typ. Dlatego odrzucałam bez trudu własne uczucia jako niezdrową zazdrość. To siebie obciążyłam zarzutem nadmiernej wyobraźni i zaborczości. Ja byłam "winna" bo podejrzewam niewinnego człowieka. Ale jak już pojawił się dowód, który osobiście zarejestrowałam, hartowana tafla szkła zaufania (do tej pory nienaruszalna) rozsypała się w hukiem. Od tamtego momentu nie uwierzyłam już w nic, czego nie mogłam sprawdzić. Nie wierzę nadal, choć potrafię uznać roboczo pewne ustalenia za wiążące. To ja decyduję co przyjmę jako bazę, a czego nie. Zaufania już w tym nie ma. Jest tylko prosta kalkulacja, że nawet brak pewnych danych nie zmienia obrazu całości. Zdrada miała miejsce i nie ma co do tego wątpliwości. Jej szczegóły mają znaczenie tylko w kontekście tego, czy mąż mnie okłamał co do jej przebiegu, nic więcej. A to, że jest kłamcą już przecież wiem, zatem czy powyższy kontekst ma znaczenie? Nie bardzo. Uznałam więc, że przyjmę taką wersję jaką ustaliliśmy po wielu bojach i po prostu przejdę dalej. Jeśli kłamie, to już tylko i wyłącznie jego problem bo to on musi żyć ze świadomością, że w momencie gdy kłamstwo wyjdzie na jaw w wyniku jakichś nowych dowodów - kończę temat małżeństwa natychmiast.

Ustaliłam coś jeszcze.Wiem, że zdrady nie da się magicznie wymazać, ale czy ktoś, kto zrobił raz w życiu coś bardzo złego jest całkowicie skreślony? Czy nie zasługuje na szansę? W moim odczuciu - jedną mogę dać. Jedną. Mocno warunkową. Dałam nam wstępnie czas na próbę "docierania się charakterów" w nowych realiach. Romans trwał około dwóch lat, więc tyle sobie ustaliłam za graniczny termin. Jeśli za dwa lata nadal nie będę w stanie stwierdzić, czy to ma sens, logiczny wniosek będzie taki, że nie ma. Może olśni mnie wcześniej (w tą czy w inną stronę). Zasady są jasne. Myślę, że będzie łatwiej mi dzięki nim poradzić sobie z problemem.
14400
<
#24 | vieviorka dnia 13.07.2022 22:00
Kaniu, fajnie, że napisałaś. Też jestem katem Z przymrużeniem oka I to od 4 lat. I ja też poinformowałam męża, że mnie stracił. Ale nie oszukujmy się. Nie stracił. Ma mnie. Podobnie jak Twój mąż ma Ciebie, nikogo nie stracił. No nie, kochankę być może stracił. Mam wrażenie, że to nie związek, a układ. Już bez zobowiązań, ze strachem (jego, przecież ma się wciąż bać, że może stracić), bez obietnic (prócz tej jednej, jego, że już nigdy więcej, które to oczywiście są niewiele warte). Ale czy to ma sens? A może jest zdrowsze? Może tak to powinno wyglądać? Nie wiem. Ja jestem po ok 2 miesiącach ogromnego kryzysu, nic już nie wiem, ale Tobie życzę jak najlepiej Uśmiech Pisz czasem, jestem ciekawa, jak sobie z tym poradzisz.
13728
<
#25 | poczciwy dnia 14.07.2022 09:27

Cytat

Wiem, że zdrady nie da się magicznie wymazać, ale czy ktoś, kto zrobił raz w życiu coś bardzo złego jest całkowicie skreślony? Czy nie zasługuje na szansę? W moim odczuciu - jedną mogę dać.

Oczywiście, że nie da się jej wymazać; nie można zapomnieć to nie znaczy, że nie da się jej przekuć w coś fajnego; to czy akurat ze zdrajcą to inna sprawa - niekoniecznie ale też możliwe; wszystkie nasze przeżycia i doświadczenia, zwłaszcza te negatywne dają impuls do rozwoju i wzrostu; to czy ktoś to wykorzysta czy woli pogrążyć się w swoim smutku to inna sprawa; zobacz, bez tego co się wydarzyło dalej tkwiłabyś w swojej ułudzie szczęścia; może okazać się za jakiś czas coś co nazywałaś szczęściem nim już nie będzie; coś co uważałaś za miłość niekoniecznie nią będzie; będziesz już w innym miejscu; z inną świadomością, świata, ludzi, relacji międzyludzkich, ale przede wszystkim siebie; zdrada dobrze przepracowana otwiera oczy na zupełnie nowe, nieznane, ale fajne - świadome;
szansę oczywiście można dać, pod jednym warunkiem, że druga strona jej oczekuje i robi wszystko żeby ją otrzymać; ale nie wolno jej dać za wcześniejsze zasługi, za miłe wspomnienia, za przeszłość; dziś liczy się tylko tu i teraz; to cholernie trudna misja do wykonania, ale możliwa pod pewnymi warunkami; czy zostaną spełnione to zależy już nie tylko od Ciebie;
15444
<
#26 | Kania dnia 27.07.2022 11:55

Cytat

Kaniu, fajnie, że napisałaś. Też jestem katem smiley I to od 4 lat. I ja też poinformowałam męża, że mnie stracił. Ale nie oszukujmy się. Nie stracił. Ma mnie. Podobnie jak Twój mąż ma Ciebie, nikogo nie stracił. No nie, kochankę być może stracił. Mam wrażenie, że to nie związek, a układ. Już bez zobowiązań, ze strachem (jego, przecież ma się wciąż bać, że może stracić), bez obietnic (prócz tej jednej, jego, że już nigdy więcej, które to oczywiście są niewiele warte). Ale czy to ma sens? A może jest zdrowsze? Może tak to powinno wyglądać? Nie wiem. Ja jestem po ok 2 miesiącach ogromnego kryzysu, nic już nie wiem, ale Tobie życzę jak najlepie


Trochę vieviorka inaczej widzę stwierdzenie, że mąż nikogo nie stracił. Niestety tak właśnie jest i w moim, ale też mam wrażenie i Twoim przypadku. Stracił jedyną wartościową osobę w związku oraz cały związek w takiej formie, w jakiej istniał wcześniej. To była jego decyzja i jest w całości jego wina. To nie kwestia straszenia kogoś utratą czy bycia "katem" jak to nazwałaś. Jak można kogoś straszyć czymś, co już się wydarzyło? Tej straty nie da się już odrobić, negocjować albo używać jako karty przetargowej jakiegoś układu czy umowy. Jedyne co podlega dalszej negocjacji to fakt, czy będziemy chciały tworzyć z tym człowiekiem coś nowego, czy nie. Czy mu damy szansę, czy nie. U ciebie trwa to już cztery lata - ja postanowiłam, że nie będę się tak długo mocować z tematem i daję sobie dwa na decyzję. Wydaje mi się, że ustalenie sobie granicznego terminu to kluczowa sprawa i nawet jeśli po nim będą się jeszcze pojawiały jakieś wątpliwości co do podjętej decyzji (jaka by ona nie była), to myślę, że będą one zupełnie normalnym objawem, który niczego nie zmieni. Zawsze trochę wątpimy, zawsze trochę sobie nie ufamy. Taka babska norma, że same do końca nie wiemy, czego chcemy. Dlatego ja się trzymam innej reguły, którą akurat jako kobiety mamy obcykaną - wiemy czego NA PEWNO NIE CHCEMY. Może spróbuj od tej strony? Pomyśl, czego na pewno nie chcesz i po prostu na tym się oprzyj?

Powiem ci jeszcze coś, co może cię odrobinę pocieszy, a może niekoniecznie. Pogodziłam się z tym, że są chwile, że nie czuję nic do męża a czasem wręcz odczuwam niechęć. To nie tak, że gdy już sobie wybaczyłam nagle wszystko stało się jasne, proste i pozbawione wewnętrznego konfliktu. Mam dziwne wrażenie, że jeszcze długo tak nie będzie, ale szczerze mówiąc bardzo mi pomaga przypominanie sobie w tych chwilach, że niczego nie muszę. Nie muszę nic czuć. Nie muszę też czuć czegoś konkretnego. Nie muszę podejmować natychmiastowych decyzji. Nie muszę udawać bo może mężowi będzie to nie na rękę. Jest kryzys? No i ok! Niczego nie rozumiem? Bardzo kurde dobrze! Nie wierzę w przyszły sukces? Super! Przykre i boli? Oj, tak, będzie i powinno. To wszystko oznacza tylko, że jestem człowiekiem, istotą myślącą i czującą a doświadczenie z ostatnich miesięcy mi podpowiada, że przezwyciężam kolejne dołki więc jestem silniejsza niż mi się wydawało. W życiu bym nie powiedziała, że będę w stanie przetrwać coś takiego a tu proszę. Żyję, pracuję i nawet mam małe chwile zadowolenia z siebie. Może najgorsze po prostu przede mną i ulegam złudnemu optymizmowi, ale jestem gotowa przebrnąć przez kolejne zasieki bo już wiem, że się da.

poczciwy, nie mogę dać mężowi szansy za wcześniejsze zasługi, bo mówiąc szczerze po chłodnej analizie wyszło mi, że nie było ich zbyt wielu. Miłe wspomnienia, jak już wcześniej pisałam, są miłe bo ja je czyniłam miłymi. Przeszłość, jak się okazało, wcale nie była taka kolorowa, bo leciałam na włączonym przycisku autodestrukcji długie lata. Od strony emocjonalnej to ja ciągnęłam męża na swoich plecach a nie on mnie. Natrudziłam się bardzo, by zrobić z niego "ludzi", trochę mi to wybuchło w twarz, ale nie żałuję, bo mam nadzieję, że trud zaowocuje tym, że się chłop ogarnie ze sobą (ze mną czy beze mnie, bez znaczenia, zrobiłam dobrą robotę dla jakieś istoty ludzkiej i to zawsze dobra rzecz, nawet jak ten ktoś okazuje się niewdzięcznym gówniarzem Z przymrużeniem oka ). Więc nie była to praca na marne. Doszłam z nią po prostu do ściany, od której to już on sam musi się ze sobą uporać a ja zajmę się wyłącznie sobą. Czeka mnie ogrom pracy bo jestem strasznie pokiereszowana i wyniszczona, ale w jakiś sposób zadowolona. Mam do tego nawet analogię z życia. Są takie mordercze biegi przełajowe, w których biorę czasem udział. Nic nie jest w stanie przygotować nas na pierwszy. Zawsze kończymy go wykończeni, brudni, poobijani, podrapani i z myślą, że oto byliśmy w piekle. Ale je pokonaliśmy! Potem człowiek jest obolały przez tydzień i liże rany a jednak czuje, że dał z siebie wszystko, i że było warto się sprawdzić. Jedyna różnica między Katorżnikiem a zdradą jest taka, że na ten pierwszy zapisujemy się sami a drugim dostajemy po mordzie. Ale oba jesteśmy w stanie przeżyć i wyciągnąć wnioski.

Dlatego po najgorszym koszmarze na razie odpoczywam i daję sobie czas na te wszystkie bóle i rozpacze, nie walczę z nimi tylko staram się je zaakceptować. Jedyne co robię to kontrola czy aby nie idę w te same ścieżki "uzależnienia". Czasami mnie poniesie, ale jeszcze za szybko by od siebie za dużo wymagać. I tej wersji zamierzam się trzymać tak długo, jak długo coś mnie nie przekona, że się mylę co do meritum i mam przyjąć inną taktykę przetrwania.
14400
<
#27 | vieviorka dnia 17.08.2022 14:26

Cytat

Stracił jedyną wartościową osobę w związku oraz cały związek w takiej formie, w jakiej istniał wcześniej.


Ale przecież nie odpowiadał mu związek w takiej formie, w jakiej istniał wcześniej. Ta jedyna wartościowa osoba nie była dla niego wartościowa i ważna. Myślisz, że tę wartość zauważał? On nie chciał takiego związku. Jedyne, co stracił, to kochanka. Ja tam nie wiem, uważam po prostu, że związek, w którym pojawiła się zdrada, a który postanawiamy reanimować, to ciągła walka. I mimo, iż wydaje nam się, że się dystansujemy, że czasem mamy to wszystko gdzieś, że może nawet zaczynamy znów kochać i wierzyć, że się uda, to jest najzwyczajniej w świecie ciężko. To masochizm. I to nie tak, że człowiek utyka w roli ofiary. Bo oczywistym jest, że pewnym momencie nie chcemy być postrzegani jako cierpiące fleje, które ryczą po kątach. Już nie chcemy, by ktokolwiek, a w szczególności partner, widział, że mamy chwile słabości. Bo ile można? Ale miewamy je. Dajesz sobie 2 lata, Kaniu. Po półtora roku może być wspaniale. A potem dupa. I co? I kolejne 2 lata? I tak do końca życia pewnie. Na forach związanych ze zdradą niewiele jest osób, które zostały. Takich, które są znów w pełni szczęśliwe i przestały cierpieć, nie spotkałam. Może istnieją, ale nikt ich nie widział Z przymrużeniem oka No i są tacy, którzy po 20 latach piszą, że wciąż im źle. No mało to optymistyczne...

Mnie dobijają te cholerne flashbacki. Mam wrażenie, że to jak zespół stresu pourazowego, którego nie wyleczyłam i daje popalić w najmniej oczekiwanych momentach. Są sytuacje, miejsca, których nie jestem w stanie ze spokojem przyjąć. I wtedy czuję wściekłość do męża, że mnie na to skazał. Serio, mam ochotę wtedy pieprznąć to całe wspólne życie w cholerę, czuję do niego żal i muszę od nowa pokonywać tę samą drogę.
15444
<
#28 | Kania dnia 14.09.2022 10:42
Cześć Vieviorka. Przepraszam, trochę mnie nie było, ale życie ma w nosie nasze problemy i tworzy własne. Plus, ostatnio forum nie działało i nie miałam nawet jak zajrzeć czy ktoś odpisał. Już się ustosunkowuję do Twojej wiadomości.

Co do związku, moja robocza wersja jest taka, że związek tworzy dwoje ludzi. "Związek" sam z siebie nie istnieje, więc jeśli coś komuś w nim nie odpowiada, z reguły będzie chodziło o to, jak siebie w nim postrzega. Przetrzepałam swój od A do Z szukając najpierw swojej winy. Pewnie to pamiętasz, z tego co czytam to wszyscy przerabiamy ten kawałek bo też i zdradzający ochoczo przerzucają na nas winę. I choćby nie wiem ile te winy człowiek sobie wykoncypował, to rozbijała się o jedno zdanie = "ale to wszystko można było rozpracować inaczej niż pójść w zdradę". Ja nie poszłam, bo postrzegałam siebie w tym związku jako stronę funkcjonującą względnie prawidłowo. Nie potrzebowałam uzyskiwać potwierdzenia własnej wartości u kogoś postronnego bo ludzie szczęśliwi nie potrzebują potwierdzeń. Natomiast z jakiegoś powodu zdrajca nie czuł się szczęśliwy. I tu wyszedł mi prosty wniosek - to, że ktoś zdradza, nie oznacza, że mu nie odpowiada związek. Jemu nie odpowiada on sam w tym związku. To jemu przygasły uczucia. To jemu nie chce się zawalczyć o poprawę. To on ma problem. Nie ty. Nie związek. On. I gdyby nie był leniem i egoistą, to skorzystałby z tego, że ma kogoś, z kim mógłby spróbować odzyskać równowagę. Ale przy tamtej nie musi się starać. Tam jest łatwiej być zajebistym.
Więc to nie tak, że nie odpowiada mu związek. Nie odpowiada mu on sam i idzie tam, gdzie może poudawać kogoś innego.

Co do zauważania wartości drugiej połówki to chyba za wystarczające potwierdzenie uznaję fakt, że tamta relacja poszła błyskawicznie w śmietnik a cała energia pakowana jest w tą co trzeba. Zauważ, że ludzie, którzy nie widzą wartości zwyczajnie odchodzą do kochanki, albo kończą aktualne małżeństwo. To odróżnia moim zdaniem związek, który był kompletnie martwy już przed zdradą (bo jedna, lub obie ze stron zwyczajnie przestały czuć do siebie cokolwiek a to jest po prostu koniec tylko czasem umyka uwadze) od tego, w którym zdrada jest tylko potężnym kopem w dupę na pobudkę. Jedni przetrzymują takie budzenie, inni nie potrafią kopa wybaczyć, ale bez niego tak czy siak doszłoby do życia z trupem.

Partner, w moim odczuciu, ma zasrany obowiązek nas wspierać w chwilach słabości. Taka jest moja opinia. Jeśli z jakiegoś powodu postanawiasz je ukrywać, to robisz sobie w ogólnym rozrachunku krzywdę. To tak, jak z udawaniem orgazmu. Koniec końców partner nie nauczy się przez to nigdy, co tak naprawdę powinien zrobić, żebyś była zadowolona.

Czasem faktycznie zły nastrój to jakaś drobna niedyspozycja, o której sama zapominasz po chwili, ale jeśli mnie coś trzyma tylko trochę dłużej, to mówię wprost, że nie mam humoru bo to i to mnie zabolało, przypomniało się, albo przyśniło, albo, jak wspominasz, przywołało flashback. Albo jesteśmy szczerzy i niech zdrajca się boryka z tym co zrobił tak samo jak my, albo bawimy się w udawanie. Ja staram się nie udawać. Wiem, że nam kobietom wciska się od dziecka, że mazgajenie się jest złe, że powinniśmy być takie a nie inne, że mężczyźni to są tacy a nie inni i że w ogóle na wiele rzeczy musimy się zgadzać i ukrywać ewentualny dyskomfort. Wiem, że trudno się przestawić na coś zupełnie innego, przestać ukrywać i być po prostu sobą, ale ja próbuję. Mam chwile słabości, chwile wściekłości, chwile zwątpienia i chwile niechęci do kontynuowania pracy.

Zakładam, że tak szybko to nie zniknie, bo zdrada faktycznie skutkuje czymś na kształt PTSD. Są sytuacje i miejsca, które przywołują wspomnienia. Ja miałam takie wczoraj gdy znajoma zaoferowała mi podwózkę z zakupów. Samochód ma taki, jak kokatryca. W takim się gzili. Wysiadłam chora, bo wizja lokalna przestronności miejsca na igraszki z tyłu po prostu mnie dobiła. Ale jakoś miałam na tyle siły, żeby podziękować, uśmiechnąć się i iść na miękkich nogach prosto. Jestem potęgą, której należy się bać. O złym humorze niewierny dowiedział się od razu. Nie podoba mu się, że chodzę po forach i ktoś mi coś pisze a ludziom wierzę bardziej, niż jemu, ale wie też, że to czy mu się coś podoba czy nie, przestało już mieć dla mnie znaczenie. Więc się tłumaczył ponownie, przekonywał, wyjaśniał. A mi to pomogło się uspokoić. I tyle w temacie. Ile jeszcze taki schemat potrwa nie wiem, nie ma to znaczenia, choćby i do końca życia miał trwać, to wiem już, że z czasem częstotliwość będzie spadać a ja zacznę odzyskiwać spokój. Aż w końcu poczuję, że wspomnienie nie niesie za sobą znaczącego ładunku emocjonalnego i będzie tylko wspomnieniem jak tysiące innych. Bo zakładanie sobie, że to zniknie uważam z gruntu rzeczy za błąd, który będzie prowadził do rozczarowania i złości. Nie zniknie ani w tym związku, ani w żadnym innym, ani nawet w samotności. Jedyna nadzieja w "tym niemcu co od niego ludzie wszystko zapominają". Uśmiech

Jeszcze taki drobiazg odnośnie tego, że nie znajdujesz ludzi, którzy piszą, że im się udało, po 20 latach. Nie znajdziesz. Jest na to prozaiczne wyjaśnienie. Ludzie szczęśliwi mało kiedy piszą o swoim szczęściu. Za to nieszczęśliwi czują silną potrzebę, by się z kimś bólem podzielić bo pragną by im ktoś pomógł, poratował, zrozumiał. W moim rozumieniu sytuacja, w której odnajduję spokój po latach jest z rodzaju tych, w których nie myślę już po prostu za wiele o złej przeszłości, zmieniłam to, co mi nie odpowiadało i jestem zadowolona. Czy chciałoby mi się wtedy wracać do tematu, wchodzić gdzieś na fora i rozdrapywać stare rany przez znajdywanie analogii w przeżyciach innych ludzi? Myślę, że absolutnie nie. Po prostu temat, który już mnie nie dotyczy, nie będzie mnie ciekawił, tak jak nie interesowały mnie historie zdrady zanim stałam się jej obiektem. Dlatego nie znajdziesz takich ludzi na portalach dla zdradzonych. Znajdziesz ich na portalach dla fanów placka z jabłkami, wyczynowych skoków z krawężnika albo innych, na których zwykle bytują ludzie zajęci sobą i swoimi pasjami. Z przymrużeniem oka
15529
<
#29 | NaiwnyTom dnia 03.10.2022 13:26
Temat bardzo ciekawy, Kania w pewien sposób spowodowala, że w trochę inny sposób spojrzałem na to przez co przechodzę. Też świat runął mi na głowę kiedy wyszedł na jaw romans mojej żony. Przejrzałem wiele różnych stron, forum itp. Tutaj jest relacja doświadczeń, reakcji i tego jak się człowiek potrafi przestawić po czymś takim. Ja jestem jeszcze na początku tej drogi. Są momenty kiedy już wydaje mi się, że wychodzę z tego co się ze mną dzieje, jednak są chwile kiedy znowu staczam się w otchłań nicości. Sytuacja bardzo dynamiczna. Jednak czytając ten wątek, dotarło do mnie, że jeszcze można inaczej próbować wyjść z tego bagna. Nie tylko rozwód, wyprowadzka czy udawanie, że nic się nie stało i tkwić w tak chorym układzie. Zmobilizowalaś mnie do podjęcia próby przejścia tego w inny sposób. Dzięki za konkretny opis, będę śledzić ten temat z zainteresowaniem. Pozdrawiam
15444
<
#30 | Kania dnia 06.10.2022 21:18
Cześć Naiwny Tom.

Sprawa nie jest ani łatwa, ani przyjemna i te "nawroty" są zupełnie normalne. Uważam, że to taki mechanizm obronny naszej głowy i ciała. Po prostu nie bylibyśmy uciągnąć więcej za jednym zamachem i ten czas odpoczynku, kiedy nabieramy nadziei i czujemy trochę oddechu, jest najzwyczajniej w świecie niezbędny. Inaczej wszyscy byśmy już oglądali wyłącznie przytulny pokoik bez klamki.

Biorąc pod uwagę mój ostatni tydzień i to, do jakich wniosków doszłam, mam taką podpowiedź dla wszystkich, który postanowili spróbować "ratować" relację, czy jak niektórzy wolą "odbudowywać" - zdrajca może wam powiedzieć, że bardzo chce i będzie się starał z całych sił, gorzej, może być przekonany, że coś robi, ale nie słuchajcie jego słów. Obserwujcie wyłącznie czyny.

Zaznaczę kilka faktów na początek. Mój zdrajca zadeklarował chęć naprawy. Sam zainicjował spotkania z psychologiem dla nas obojga. Przepraszał wielokrotnie. Kupuje kwiatki i przynosi smakołyki. Można powiedzieć - no ideał, prawda?

Otóż nieprawda.

Od czasu wykrycia zdrady jestem urobiona po łokcie. Przeszłam wszystkie etapy, od oskarżania samej siebie przez nienawiść do kokatlycy a na próbie rozgryzienia męża kończąc. Było szeroko zakrojone śledztwo, wybaczenie samej sobie, próba zrozumienia mechanizmów zdrady i tego jak ona przebiega. Przekopałam pół internetu i książek, wypytałam męża milion razy o wszystko, o to jak się czuł, jak się czuje teraz, co myślał, co widział, co rozumiał. Spróbowałam zajrzeć mu do głowy, sobie do głowy i objąć to jakoś umysłem żeby tylko zrozumieć i uniknąć być może tych samych błędów w przyszłości. A przy okazji musiałam sobie radzić ze swoimi wahaniami nastroju, spadkami poczucia wartości, podnosić się z emocjonalnych kolan i nieustannie tkwić w poczuciu wstydu i osamotnienia. Nikt nie wie o zdradzie. Nikt się nie orientuje co przechodzę. Jestem tytanem walczącym o siebie, o związek i tłumaczącym mężowi co i jak. Wróciłam do biegania. Malowania. Czytania książek. Przymusowo, ale zaczynam łapać bakcyla momentami. Czasem nawet byłam w stanie na tyle stabilnym, że wróciły normalne sny. Mogę się poklepać po ramieniu tak się natrudziłam.

Zapytacie ile zdradzony człowiek jest w stanie funkcjonować w takim znoju? Powiem wam. Prawie dziewięć miesięcy. Jakieś dwa ostatnie tygodnie mam spadek mocy i coraz więcej znowu cierpię więc poszukałam porady w sieci. Trafiłam na youtubie na kanał Affair Survivors, bo myślałam, że już trochę takim "ocaleńcem" jestem i może tam mi podpowiedzą skąd ten dół. Obejrzałam kilka. Zaczęła do mnie docierać świadomość dlaczego jestem taka wykończona. A byłam tym co robię, obronną postawą męża (mimo wielu miłych gestów) i wyjaśniano tam, że to normalne gdy para wkłada tyle pracy w związek. Hm... Para? Postanowiłam się dowiedzieć, co przez ten czas robił mój mąż. Oczywiście oprócz sporadycznych wizyt u psychologa (bo uznałam, że on bardziej potrzebuje wsparcia niż ja i zawiesiliśmy wspólne wizyty na rzecz jego wychodzenia z dołka) i tych, wspomnianych wcześniej, miłych gestów i gładkich słówek. Żeby to sprawdzić zajrzałam do historii jego przeglądarki. Spokojnie, nie stresujcie się, nie było tam nic, co by łamało naszą umowę. W tej kwestii dotrzymał słowa. Problem był jednak inny.

Nie było tam nic. Od czasu zaraz po zdradzie, kiedy zerknął na kilka stronek z poradami odnośnie odbudowy relacji, nie było nic. Jakieś duperele, pogoda, wiadomości, auta, gry. Na palcach jednej ręki, z niewielką pomocą drugiej, można było policzyć nawet te początkowe wizyty w rejonach około związkowych. Od tamtej pory temat go nie interesował w ogóle. Całe miesiące niczego. Nie próbował się dowiedzieć jak ja się czuję i jak mi pomóc. Co jeszcze jest potrzebne by odzyskać zaufanie oprócz rozmów. Nie próbował nawet zrozumieć sam siebie. Nic. Kompletny brak zainteresowania.

Wtedy przypomniało mi się, ile ja tego przewaliłam, przeczytałam, przeanalizowałam. Ile rozmów zainicjowałam. Przez ile rzeczy się przedarłam. Zestawiłam to z ilością rozmów zainicjowanych przez niego. Tylko jak coś zestawiać z zerem? A potem przyszła mi do głowy historia jego przeglądarki gdy był w romansie. Ile czasu poświęcił na utwierdzanie się w tym, czy go kokatryca aby nie nabiera, jak wyglądają takie związki i tak dalej i tym podobne. Ile szukał obrazków z serduszkami i jakie czynił wysiłki by się jej przypodobać.

I się posypało. Dotarło do mnie, że nic się nie zmieniło. Tak przed zdradą, jak w jej trakcie a także teraz, gdy powinniśmy odbudowywać relację wspólnie, to ja zasuwam z cegłami i przewożę beton w taczce a mąż od czasu do czasu wetknie w mokrą zaprawę kwiatek. I powie mi coś miłego. Zapewni, że się stara.

Wysłałam mu link do jednego z filmów i poczekałam na reakcję. Zgadnijmy razem jaka była. No taka jak wcześniej gdy mu wytknęłam, że się nie interesuje tematem - bo tam są głupoty, bo na jednym poradniku się sparzył, bo się to wszystko powtarza bez sensu i on JUŻ TO WSZYSTKO ROBI co tam mówią.

Tylko czemu ja tego nie czuję? No pewnie to moja wina. Przyznam szczerze, że przez moment nawet uwierzyłam w swoją winę, znowu. Że to ja nie widzę, że patrzę przez pryzmat zranionego serca, że on się naprawdę stara.

Nie robiąc nic. Powtarzając puste gesty. Nie próbując niczego zrozumieć. - podpowiedział rozum i postanowiłam mu jednak dać rację. A wtedy się wściekłam, naprawdę bardzo wściekłam. Popłakałam z bezsilności i rozpaczy. Postawiłam ostatni warunek. Ten filmik był ostatnią rzeczą, jaką mu wysłałam. Ta rozmowa jest ostatnią rozmową, jaką zainicjowałam. Od tego momentu jest zdany na siebie, bo ja już nie mam siły. Nie zrobię już nic. Bo robię znowu to samo - ciągnę nas oboje, leczę nas oboje, pomijam siebie, nie walczę o siebie tylko o nas. Rezygnuję z terapii by go ratować. To jest przegrana pozycja a ja walczę tyle miesięcy gdy on nie robi właściwie nic. Znosi moje płacze, czasem się ze mną pokłóci, nie uzna mojej racji, oleje moje zdanie. I tak się kręci karuzela śmiechu. Teraz jego ruch.

Dlatego kochani nie słuchajcie słów. Nie wierzcie w kwiatek i serduszko z pluszu. Oraz w krokodyle łzy. Patrzcie na czyny i nie czekajcie tak długo jak ja, żeby powiedzieć "Sprawdzam". A kiedy to zrobicie i poczujecie, że druga strona nie stara się na tyle, by wasze serce się uśmiechnęło, to znaczy, że nie robi nic, albo nie robi dość. I albo trzeba się rozstać, albo weźmie się w końcu do pracy. Bo nie zmusicie nikogo by was szanował i nie zmusicie nikogo by was kochał.

To jest ostatnia szansa jaką dostał i to nie jest nawet szansa na związek. Od niego teraz zależy, czy mi się w ogóle będzie chciało rozważyć dołączenie do pracy bo obecnie odkładam kielnię i idę leżeć na łączce.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 0% [0 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 100% [1 głos]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]